Wiatraki na morzu. Czy Bałtyk da nam energię, której potrzebujemy?

Na Bałtyku właśnie trwa największa operacja budowlana w historii kraju. Ponad 80 specjalistycznych statków instaluje fundamenty, turbiny i kable na obszarze wielkości Gdyni. Pierwsza energia popłynie jeszcze w 2026 roku. Do 2030 morskie farmy mają dać 5,9 gigawata mocy i zasilić 8 milionów gospodarstw. Brzmi jak obietnica. Sprawdzamy, ile w niej jest fizyki, a ile marketingu.

Gdzieś na morzu, 23 kilometry od Łeby i Choczewa, dzieje się coś, o czym większość Polaków nie ma pojęcia. Na powierzchni 130 kilometrów kwadratowych – obszarze porównywalnym z powierzchnią Gdyni – ponad osiemdziesiąt wyspecjalizowanych jednostek pływających montuje fundamenty, elementy przejściowe, turbiny wiatrowe i setki kilometrów kabli podmorskich. To Baltic Power – pierwsza morska farma wiatrowa na polskim Bałtyku. Wspólny projekt Grupy Orlen i kanadyjskiej Northland Power. Moc docelowa: 1,14 gigawata. Produkcja roczna: około 4 terawatogodzin czystej energii. Pierwsza energia – jeszcze w tym roku.

Jednocześnie w holenderskim Vlissingen zakończyła się budowa głównych elementów morskich stacji elektroenergetycznych dla farm Bałtyk 2 i Bałtyk 3 – wspólnych projektów Polenergii i norweskiego Equinoru. Każda nadbudowa (topside) waży 3 700 ton i ma rozmiary piętnastopiętrowego budynku. Obok leżą gotowe elementy przejściowe – 60 konstrukcji o wysokości 17 metrów i masie 400 ton każda. Wkrótce zostaną przetransportowane na Bałtyk. Sto turbin o łącznej mocy 1 440 megawatów. Pierwsza energia: 2027. Pełna eksploatacja: 2028.

A za nimi Baltica 2 (PGE i Ørsted), najsłynniejszy projekt: 107 turbin, 1 498 megawatów, instalacja rozpoczyna się w maju 2026 roku. Energia dla 2,4 miliona gospodarstw domowych. To nie jest science fiction. To się dzieje. Teraz, na naszym morzu.

Dlaczego morze, a nie ląd?

To jest fundamentalne pytanie, które trzeba postawić, zanim zacznie się dyskutować o tym, czy offshore „ma sens”.Wiatraki na lądzie mają w Polsce problem: społeczny opór (zasada 10H z próbą nowelizacji do 7H – minimalna odległość od zabudowań równa dziesięciokrotności wysokości turbiny – skutecznie blokuje nowe inwestycje), ograniczoną produktywność (wiatr na lądzie jest słabszy i bardziej zmienny) oraz konflikty z krajobrazem i rolnictwem. Morze rozwiązuje większość tych problemów.Po pierwsze wiatr na Bałtyku jest silniejszy i bardziej stały niż na lądzie. Średnia prędkość wiatru na polskim Bałtyku wynosi 9-10 metrów na sekundę. To jedne z najlepszych warunków w Europie. Energia, którą turbina generuje, rośnie z trzecią potęgą prędkości wiatru, co oznacza, że nawet niewielki wzrost wiatru daje nieproporcjonalnie dużo więcej energii. Morska turbina o mocy 14 megawatów pracuje z obciążeniem (capacity factor) około 45-50 procent, wobec 25-30 procent dla turbiny lądowej. Innymi słowy: morski wiatrak produkuje prawie dwa razy więcej energii niż lądowy o tej samej mocy.

Po drugie – na morzu nie ma sąsiadów. Farma Baltic Power leży 23 kilometry od brzegu. Bałtyk 2 – 37 kilometrów. Z plaży nie widać turbin. Nie ma hałasu. Nie ma „efektu migotania cienia”. Nie ma konfliktów z mieszkańcami.

Po trzecie, wreszcie Bałtyk jest stosunkowo płytki. Głębokość w strefach przeznaczonych pod polskie farmy wynosi 20-40 metrów. To wystarczająco mało, by stosować monopale (fundamenty wbijane w dno), które są najtańszą i najlepiej opanowaną technologią posadowienia. Na Morzu Północnym, gdzie offshore rozwija się od lat głębokości sięgają 60 metrów i więcej, wymagając droższych fundamentów kratownicowych lub pływających.

Ile to kosztuje i kto za to płaci?

Tu dochodzimy do pytania – ile to kosztuje i czy nas na to stać? Szacowane nakłady inwestycyjne na morską energetykę wiatrową w Polsce do 2030 roku wynoszą około 130 miliardów złotych. To ogromna suma,  porównywalna z rocznym budżetem obrony narodowej. Ale trzeba ją rozłożyć na kilka elementów. Ale to nie są pieniądze budżetowe. Farmy budują konsorcja prywatno-publiczne: Orlen z Northland Power, Polenergia z Equinorem, PGE z Ørstedem. Finansowanie pochodzi z rynków kapitałowych, z funduszy unijnych (Baltica 2 otrzymała ponad 5,5 miliarda złotych z KPO) i z wpływów ze sprzedaży energii.

Farmy zarabiają na siebie. Energia z offshore jest sprzedawana po cenach ustalonych w kontraktach różnicowych (CfD) – gwarantujących inwestorowi stabilny przychód, a konsumentowi ochronę przed skokami cen rynkowych. To nie jest dotacja – to jest kontrakt handlowy.

Po trzecie – i to jest argument najrzadziej przywoływany – offshore tworzy polski łańcuch dostaw. Stocznie w Gdańsku i Świnoujściu budują elementy stalowe. Polskie firmy dostarczają kable, systemy pomocnicze, rozwiązania techniczne. Świnoujście Offshore Terminal ma być do 2030 roku dwukrotnie powiększony. Szacuje się, że w fazie budowy projektów powstanie 34 tysiące miejsc pracy, a w fazie operacyjnej – 29 tysięcy.

Co offshore daje systemowi energetycznemu?

Tu dochodzimy do sedna i do odpowiedzi na pytanie, czy wiatraki na morzu „mają sens” z perspektywy bezpieczeństwa energetycznego. Morskie farmy wiatrowe mają jedną kluczową przewagę nad fotowoltaiką: produkują energię zimą. Wiatr na Bałtyku wieje najsilniej jesienią i zimą, dokładnie wtedy, gdy zapotrzebowanie na energię jest najwyższe, a słońce świeci najkrócej. To jest komplementarność, której polski system desperacko potrzebuje.

W naszym artykule o miksie energetycznym pisaliśmy o problemie „sezonowości OZE” – fotowoltaika daje rekordowe wyniki w czerwcu, ale prawie nic w styczniu. Offshore odwraca tę krzywą: daje mniej latem (bo wiatry bałtyckie słabną), ale znacznie więcej zimą. Połączenie fotowoltaiki (lato) z offshore (zima) tworzy profil produkcji znacznie bardziej zbliżony do profilu zapotrzebowania niż każde z tych źródeł osobno.

Według Polskiej Polityki Energetycznej do 2040 roku morskie farmy mają osiągnąć moc 5,9 gigawata do 2030 roku i 11 gigawatów do 2040 roku. Gdyby te plany się spełniły, w 2030 roku offshore odpowiadałby za około 13 procent produkcji energii elektrycznej w Polsce, a w 2040 roku za znacznie więcej. Strategia PSE zakłada, że do 2035 roku polski system ma być gotowy do pracy bez elektrowni węglowych i gazowych. To nie będzie możliwe bez offshore, bo żadne inne źródło odnawialne nie daje tyle energii zimą.

Czego nie wiemy i o czym trzeba mówić uczciwie

Byłoby nieuczciwością pisać o offshore wyłącznie w tonach entuzjazmu. Są pytania, na które nie mamy pełnych odpowiedzi. Uczciwość nakazuje je postawić. Pytanie pierwsze: wpływ na środowisko morskie. Instalacja monopali (wbijanie stalowych rur o średnicy 8-10 metrów w dno morskie za pomocą kafara hydraulicznego) generuje ogromny hałas podwodny, potencjalnie szkodliwy dla morświna bałtyckiego (jedynego walenia w Bałtyku, gatunku chronionego). Inwestorzy stosują kurtyny bąbelkowe (zasłony z bąbelków powietrza tłumiące dźwięk), ale skuteczność tych metod jest przedmiotem debaty naukowej. Długoterminowy wpływ setek turbin na ekosystem Bałtyku – już i tak mocno obciążonego zanieczyszczeniami i eutrofizacją – nie jest w pełni poznany.

Pytanie drugie: co z rybakami? Farmy wiatrowe zajmują obszary, na których dotychczas łowili rybacy. Baltic Power opracował system rekompensat, ale rybacy z Łeby, Ustki i Władysławowa nie ukrywają niezadowolenia. Konflikt jest realny i nie zniknie po wypłaceniu odszkodowań.

„To pierwsza tego typu inwestycja w Polsce i operacja logistyczna na polskich wodach Bałtyku w historii.” 

– Baltic Power, marzec 2026

Pytanie trzecie – co po dwudziestu pięciu latach? Turbiny morskie mają żywotność 25-30 lat. Po tym czasie trzeba je zdemontować, łącznie z fundamentami, kablami i stacjami. Koszty demontażu są szacowane na 2-3 procent kosztów budowy, ale nikt jeszcze nie demontował farmy morskiej na Bałtyku, więc realne koszty mogą być wyższe. Łopaty turbin (wykonane z kompozytów żywiczno-szklanych) są trudne do recyklingu. Choć trwają prace nad nowymi technologiami, to na skalę przemysłową nie ma rozwiązania.

Pytanie czwarte – sterowalność. Offshore jest znacznie bardziej przewidywalny niż fotowoltaika ale nie jest sterowalny. Nie można „wyłączyć wiatru” ani „włączyć go”, gdy jest potrzebny. W okresach bezwietrznych (Dunkelflaute – „ciemna cisza”) farmy morskie produkują minimalne ilości energii. Dlatego offshore nie może być jedynym źródłem, musi działać w systemie z gazem, atomem i magazynami.

Bałtyk w kontekście europejskim

Polska nie jest pionierem morskiej energetyki wiatrowej, jest raczej spóźnionym uczniem, który nadrabia zaległości z imponującą prędkością. W Europie na morzu zainstalowano już około 25 gigawatów mocy, z czego 2 gigawaty na Bałtyku (głównie Dania, Niemcy, Szwecja). Potencjał Bałtyku szacowany jest na 85 gigawatów. Dwukrotność wszystkich zainstalowanych mocy w Polsce.

Na polskim Bałtyku budowane są farmy wiatrowe o łącznej mocy ponad 5,9 gigawata. Baltic Power (1,14 GW) – pierwsza energia w 2026 roku. Bałtyk 2 i 3 (1,44 GW) – energia od 2027 roku. Baltica 2 (1,5 GW) – instalacja od maja 2026. Koszt inwestycji: 130 miliardów złotych. Miejsca pracy: 34 tysiące w budowie, 29 tysięcy w eksploatacji. Potencjał Bałtyku: 85 gigawatów – dwukrotność wszystkich mocy zainstalowanych w Polsce. Wiatr na morzu wieje najsilniej zimą – dokładnie wtedy, gdy Polska potrzebuje energii najbardziej.

Dania – pionier offshore – uruchomiła pierwszą morską farmę wiatrową (Vindeby) w 1991 roku. Od tego czasu Duńczycy zbudowali jedne z największych farm na świecie (Horns Rev, Anholt, Kriegers Flak). Wielka Brytania ma na Morzu Północnym ponad 14 gigawatów offshore i planuje 50 gigawatów do 2030 roku. Polska startuje późno, ale z przewagą: uczymy się na cudzych błędach. Znamy koszty (które od lat spadają – offshore jest dziś jednym z najtańszych źródeł energii w Europie), znamy technologię (monopale, turbiny 14-15 megawatów, kable HVDC) i znamy ryzyka.

Czy to ma sens? Odpowiedź inżyniera

Wróćmy do pytania z tytułu: czy wiatraki na Bałtyku mają sens? Odpowiedź nie jest ideologiczna – jest inżynieryjna. I brzmi: tak, pod warunkami.Tak, bo Bałtyk ma jedne z najlepszych warunków wiatrowych w Europie, a offshore produkuje energię wtedy, gdy Polska jej najbardziej potrzebuje (jesień, zima). Tak, bo koszt energii z morskich farm jest dziś konkurencyjny wobec gazu i węgla, a w perspektywie dekady będzie tańszy. Tak, bo offshore zmniejsza zależność od importu paliw kopalnych i buduje polski łańcuch przemysłowy. Tak, bo 5,9 gigawata mocy do 2030 roku to realna, wymierzalna kontrybucja do bezpieczeństwa energetycznego. Ale pod warunkiem, że offshore nie jest traktowany jako jedyne rozwiązanie. Pod warunkiem, że równolegle budujemy magazyny energii (które absorbują nadwyżki z wietrznych dni), rozwijamy atom (który daje bazę niezależną od pogody), utrzymujemy gaz (jako bufor na bezwietrzne tygodnie) i modernizujemy sieć przesyłową (która musi pomieścić gigawaty nowej mocy z morza).

Wiatrak na morzu to nie jest odpowiedź na wszystkie pytania. Jest odpowiedzią na jedno: skąd wziąć dużo taniej, czystej energii w kraju, który ma tysiąc kilometrów wybrzeża i jedne z najlepszych wiatrów w Europie. I na to pytanie odpowiedź jest oczywista.

Podziel się w mediach społecznościowych

Czytaj również: