Bez zakładów utylizacji grozi nam środowiskowa katastrofa i drastyczny wzrost cen. Co dalej?

W Polsce funkcjonuje zaledwie kilka zakładów zajmujących się bezpieczną utylizacją padłych i zakażonych zwierząt, a ich ogólna liczba znajduje się na krytycznie niskim poziomie. Mimo to ich działanie jest często blokowane przez protesty i interesy niektórych grup biznesowych, co grozi wysypem nielegalnych składowisk oraz wzrostem cen żywności. Sprawna utylizacja to fundamentalna kwestia naszego wspólnego bezpieczeństwa biologicznego – mówi Marzena Berezowska, ekspert do spraw środowiskowych, była dyrektor Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska. 

Proste Rozmowy: Czym z biologicznego punktu widzenia jest tak zwany materiał kategorii drugiej i dlaczego błyskawiczna utylizacja to kwestia naszego wspólnego bezpieczeństwa?

Marzena Berezowska: Zakłady kategorii drugiej są bardzo pożądane w naszym kraju, ale jest ich zaledwie kilka. W zasadzie na palcach jednej ręki można policzyć, ile takich instalacji obecnie mamy. Zajmują się one szybką utylizacją padłych zwierząt oraz tych obciążonych wirusami, na przykład wirusem ptasiej grypy czy zakażeniami u trzody chlewnej. Kategoria druga jest niezwykle ważna w Polsce i w całej Unii Europejskiej, aby móc sprawnie utylizować zakażone i martwe zwierzęta. Ponadto, w przypadku kolizji drogowych, takie zakłady służą do tego, aby posprzątać jezdnię i szybko zutylizować odpad, zapobiegając rozmnażaniu się niebezpiecznych bakterii.

Czyli kiedy widzimy martwe zwierzę na poboczu, to ono nie znika samo z siebie – ktoś po nie przyjeżdża i musi je profesjonalnie zutylizować?

Tak. Zakłady kategorii drugiej lub mieszanej, działające na podstawie decyzji lekarza weterynarii, mają odpowiednie uprawnienia, by wykonywać takie działania w terenie. Po zgłoszeniu kolizji ze zwierzęciem przyjeżdża specjalna jednostka i zabiera padłą zwierzynę do zakładu w celu prawidłowej utylizacji. Nie pozostawia się jej z boku drogi do rozkładu ani nie zakopuje w pobliskim rowie.

Wyobraźmy sobie, że dzisiaj takich zakładów i punktów po prostu nie ma. Dokąd nas to może doprowadzić?

Z mojego doświadczenia z okresu 2020-2022, gdy byłam dyrektorem departamentu gospodarki odpadowej w ministerstwie klimatu i środowiska, wynika, że już wtedy byliśmy w Polsce na krytycznym poziomie, jeśli chodzi o zakłady kategorii drugiej. To właśnie one zajmują się utylizacją m.in. zwierząt z ferm objętych wirusem ptasiej grypy. Absolutnie nie możemy sobie pozwolić na ograniczenie ich działalności. Wręcz przeciwnie – powinniśmy wspierać, rozbudowywać istniejące instalacje i poszerzać infrastrukturę o nowe zakłady. Jesteśmy na skraju wydolności, co robi się bardzo niebezpieczne, bo w pewnym momencie może dojść do poważnego zakłócenia gospodarki.

Jeśli takich zakładów zabraknie, a na fermach stale dochodzi do zgonów z różnych powodów, to rolnik będzie musiał wieźć padłe sztuki do znacznie bardziej odległych miejsc w Polsce. To wygeneruje ogromne koszty transportu, które finalnie przełożą się na wyższe koszty hodowli i wzrost cen żywności. Z kolei nieliczne zakłady, które pozostaną na rynku, również podniosą ceny swoich usług ze względu na brak konkurencji.

Zwraca Pani uwagę na kluczową rolę tego typu zakładów. Tymczasem niemal każdy plan budowy nowych instalacji jest oprotestowany. Rozumiemy, oczywiście obawy mieszkańców, ale gdzieś, takie instalacje działać muszą… 

To prawda. Mamy tu do czynienia z dwiema różnymi sytuacjami. Pierwsza dotyczy budowy zupełnie nowego zakładu, gdzie inwestor od razu spotyka się z protestami społeczności lokalnej czy właścicieli sąsiadujących nieruchomości. Druga sytuacja to zakłady z wielopokoleniową historią, które sprawnie funkcjonują od kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu lat. Zmienia się jednak nasza mentalność i szukamy wygody, uciekając z wielkich miast na obrzeża aglomeracji.

Nowi mieszkańcy, a co gorsza firmy deweloperskie wykupujące obok atrakcyjne tereny pod osiedla, zaczynają nagle protestować. Taki zakład po prostu przestaje im się podobać, bo obniża wartość gruntu inwestycyjnego i wiąże się z pewnymi zapachami, charakterystycznymi dla tego rodzaju odpadów. Uważam, że powinno być to uregulowane prawnie. Zakłady, które funkcjonują od lat i działają całkowicie zgodnie z przepisami, opierając się na decyzjach lekarzy weterynarii, nie powinny napotykać takich problemów tylko dlatego, że ktoś nowy wykupił nieruchomość w ich sąsiedztwie.

Wracając do sedna… Powiedzmy wprost: każdy z nas jest producentem odpadów. One nie biorą się znikąd.

Zgadza się. Każdy z nas jest wytwórcą odpadu od momentu zakupu produktu w sklepie, aż do wyrzucenia jego opakowania do śmietnika.

Potrzebne są dzisiaj zmiany prawne, czy bardziej zmiana naszej mentalności, żeby ten problem skutecznie rozwiązać?

Wydaje mi się, że i jedno, i drugie. Bardzo często problem mentalny płynnie zazębia się z nieuregulowanymi kwestiami prawnymi. Branża odpadowa jest specyficzna i niewiele trzeba, by wzniecić konflikty czy niezadowolenie wśród społeczeństwa. Z moich obserwacji wynika, że często ktoś celowo podsyca takie niepokoje. Zazwyczaj jest to społeczeństwo motywowane przez kogoś trzeciego, kto jest zainteresowany daną lokalizacją, albo są to działania samej konkurencji, która na tak małym rynku bywa bezwzględna.

Mamy dzisiaj dwa głośne przykłady. Z jednej strony Zbiornica Skórzec – ważny punkt dla trzech województw: mazowieckiego, podlaskiego i lubelskiego, który aktualnie natrafia na problemy i protesty. Z drugiej strony mamy odnalezione nielegalne składowisko padliny koło Szydłowca. Wydaje się, że to dwa różne przypadki, ale tak naprawdę łączy je ten sam wspólny mianownik.

Na pewno. Zbiornica w Skórcu jest mi doskonale znana, niejednokrotnie wizytowałam ten konkretny zakład. Osobiście jestem bardzo zdziwiona obecną sytuacją wokół niego. Właściciel sam wychodzi z inicjatywą polepszenia warunków dla lokalnej społeczności, zatrudnia okolicznych mieszkańców, chce działać w zgodzie z prawem na podstawie legalnych decyzji lekarza weterynarii i nieustannie się rozbudowuje, dostosowując do coraz bardziej restrykcyjnych standardów.

W sytuacji, kiedy zabraknie zakładu obsługującego aż trzy województwa, na pewno będziemy mieli ogromny problem. Przede wszystkim wzrosną koszty zabezpieczenia i transportu takich odpadów. Zbiornica w Skórcu to zakład kategorii drugiej, mający uprawnienia do przyjmowania padłych zwierząt obciążonych wirusem ptasiej grypy. Jeżeli go zabraknie, gdzie rolnik przekaże te odpady? Transport na znaczne odległości znowu przełoży się na koszty hodowli, a w konsekwencji na ceny produktów w sklepach. To jest ta ścieżka legalna. Ścieżka nielegalna to z kolei pokątne zakopywanie padłych zwierząt, co stworzy bezpośrednie zagrożenie dla środowiska, zwłaszcza jeśli w pobliżu znajdą się cieki wodne.

Wspomniała Pani o pilnej potrzebie dostosowania przepisów. Czy widzi Pani dzisiaj przestrzeń do wprowadzenia tych regulacji, czy raczej opór społeczny jest tak duży, że ciężko będzie cokolwiek zmienić?

Przede wszystkim potrzebna jest rzetelna edukacja naszego społeczeństwa. Trzeba wprost uświadamiać Polakom, że każdy z nas jest konsumentem i wytwórcą odpadów. Musimy mądrze przeanalizować, co jest dla naszego kraju priorytetem. W mojej ocenie na dzień dzisiejszy kluczowe jest utrzymanie i posiadanie zakładów przystosowanych do utylizacji padłych zwierząt. Żyjemy w ogromnym napięciu geopolitycznym i nigdy nie wiemy, jak różnego rodzaju kryzysy przełożą się na bezpieczeństwo naszych hodowli. Dlatego byłabym niezwykle ostrożna w podejmowaniu jakichkolwiek decyzji zmierzających do likwidacji czy ograniczania działalności takich instalacji.

Dziękuję bardzo za rozmowę. 

Dziękuję bardzo

Podziel się w mediach społecznościowych

Czytaj również: