O siedemnastej w Limoges kilkaset młodych ludzi stało przed ratuszem z 1883 roku. Chwilę później budynek płonął. Wieczorem zawalił się dach, a z fasady, która przez prawie półtora wieku była wizytówką miasta, zostało w niewielkiej części cokolwiek. Tak skończyła się sobota, ogłoszona we Francji dniem ogólnokrajowego protestu przeciwko „drożyźnie”. Pokojowe marsze w wielu miastach przerodziły się w podpalenia, szturmy na urzędy i rabunek sklepów.
Wezwania do sobotniej mobilizacji krążyły w mediach społecznościowych od tygodni. Na ulice wyszli dawni działacze „żółtych kamizelek”, licealiści i studenci, związki zawodowe i ludzie, którzy po prostu nie wiążą końca z końcem. Protestowano przeciwko rosnącym kosztom życia, cenom paliw i energii oraz stanowi usług publicznych, przede wszystkim szkół. Sobotni marsz zbiegł się z ruchem licealistów, który trwa we Francji od połowy września.
– Szkoły, szpitale nie mają już środków. Cały naród jest wściekły – mówi 27-letni Hugo, uczestnik paryskiego marszu cytowany przez Polską Agencję Prasową.
Ilu ich było? Według ministra spraw wewnętrznych Laurenta Nuñeza 550 tysięcy w całym kraju, w tym 110 tysięcy w Paryżu. Organizatorzy mówią o 800 tysiącach, a związek CGT o ponad pół milionie. Ogromna większość demonstrowała spokojnie. Problem w tym, że o sobocie nie będzie się pamiętać z powodu transparentów.
Mapa zniszczeń
Najbardziej symboliczny obraz dnia pochodzi z Limoges. Ratusz, częściowo wpisany do rejestru zabytków od 1975 roku, został podpalony. Prefekt departamentu Haute-Vienne Maurice Barate powiedział AFP, że dach zawalił się na niższe kondygnacje (oszczędzone zostało tylko zachodnie skrzydło), a dwie trzecie fasady przestały istnieć. Nazwał to katastrofą dla dziedzictwa i podkreślał, że był to celowy czyn chuliganów, a nie manifestantów.
Wcześniej na autostradzie A20 spłonęło kilka radiowozów. Mer Limoges Guillaume Guérin, stojąc obok płaczących radnych, zwrócił się do sprawców: spłonął zabytek, ale nie Republika. Zapowiedział też, że sprawcy zostaną zatrzymani.
Do ratuszy wdzierano się także gdzie indziej. W Marsylii kilkudziesięciu napastników sforsowało drzwi i dostało się do holu, gdzie przewrócono popiersie Marianny, symbolu Republiki. W Lille rozbito szklane drzwi, zdemolowano pomieszczenia i rozrzucono dokumenty. Podobnie było w Angers.W Bordeaux zaatakowano oficjalną rezydencję prefekta departamentu Żyronda. Według AFP prefekt Sophie Brocas trzeba było ewakuować, a na miejsce skierowano jednostkę antyterrorystyczną RAID. W tym samym mieście rabowano sklepy przy handlowej ulicy Sainte-Catherine, a „Le Monde” informował o pożarze splądrowanego wcześniej sklepu Decathlon. W Lyonie zdemolowano, a potem podpalono pawilon informacji turystycznej na placu Bellecour.
W Paryżu najbardziej ucierpiały okolice placu Republiki, skąd ruszył główny pochód. Rozbito witryny, obrabowano sklepy, podpalono samochody. Według PAP dziennikarze BFMTV i „Le Monde” przyznawali, że podczas wcześniejszych manifestacji nie widzieli tak poważnych incydentów. Wieczorem kilkaset osób zebrało się na Polach Elizejskich mimo zakazu prefektury.
Plądrowanie sklepów odnotowano też m.in. w Nicei i Rouen. Według prefektury departamentu Sekwana Nadmorska w Rouen i Hawrze zatrzymano 40 osób, a 17 zostało rannych.
Jeszcze przed głównymi marszami, około siódmej rano, zaatakowano budynek w zachodnim Paryżu, w którym mieszczą się konserwatywne media: telewizja CNews, radio Europe 1 i tygodnik „Le Journal du Dimanche”. Według „Le Figaro”, powołującego się na prefekturę policji, około stu zamaskowanych osób zablokowało dojazd, rzucało przedmiotami i rozbijało szyby. Zatrzymano 21 osób.
Bilans: „cud, że nie jest gorzej”
Liczby rosły przez cały dzień. Wieczorem minister Nuñez mówił o około 400 zatrzymanych. Kilka godzin później premier Sébastien Lecornu podał, że zatrzymano 1200 osób, a 150 policjantów i żandarmów zostało rannych. Dodał, że to cud, iż bilans nie jest poważniejszy. W samym Paryżu prokuratura informowała o 195 zatrzymanych, w tym 13 nieletnich.Policyjny związek zawodowy Unsa-Police ocenił, że funkcjonariusze byli „kompletnie przytłoczeni” przemocą, jakiej rzadko doświadczali. Zbiorczej wyceny strat na razie nie ma.„Nikt nie narzuci swojej agendy politycznej przez przemoc.” – premier Sébastien Lecornu na platformie X
Szef rządu oskarżył grupy skrajnej lewicy o zorganizowanie przemocy w kilku miastach. Zwrócił się też do tych, którzy jego zdaniem chcą z tej przemocy zrobić „rozgrzewkę” przed wyborami prezydenckimi w 2027 roku: rząd nie da się zastraszyć. Prezydent Emmanuel Macron napisał, że w Republice nie ma miejsca na przemoc, a sprawcy ataków na prefektury, sklepy i ratusze zostaną ukarani. Zarzucił im dążenie do obalenia instytucji.
Jean-Luc Mélenchon, lider skrajnie lewicowej Francji Nieujarzmionej (LFI) i kandydat na prezydenta, sam szedł w paryskim marszu. Odciął się od rabunków: ci, którzy podzielają jego walkę, nie mają nic wspólnego z plądrowaniem i dewastacją. Jednocześnie zarzucił rządowi, że „igra z ogniem”. Skrytykował strategię policji oraz to, że telewizje informacyjne bez przerwy pokazują obrazy przemocy, a nie pokojowy charakter większości demonstracji.
Lecornu odpowiedział, że obarczanie dowódców policji odpowiedzialnością za przemoc to „niebezpieczne i cyniczne odwrócenie odpowiedzialności”. Marine Le Pen ze Zjednoczenia Narodowego uznała, że uzasadnione postulaty społeczne zostały „wzięte jako zakładnik” przez skrajną lewicę. Były premier Édouard Philippe zażądał, by sprawców ścigać i karać z wielką surowością.
Z innej strony zabrał głos mer Paryża Emmanuel Grégoire. Jego zdaniem chuligani odwracają uwagę od postulatów licealistów, którzy stanowili dużą część paryskiego marszu.
Żółte kamizelki 2.0?
Porównanie samo się nasuwa. W 2018 roku iskrą był podatek paliwowy, a ruch żółtych kamizelek przez wiele miesięcy wstrząsał Francją. Dziś na ulicach znów są ceny paliw, znów jest poczucie, że władza nie słucha, i znów są ludzie, którzy wykorzystują cudzy gniew jako przykrywkę do rabunku. Różnica polega na tym, że do protestu dołączyła młodzież szkolna, a do wyborów prezydenckich zostało kilka miesięcy. Każdy obóz polityczny ma już swoją wersję tego, co się wydarzyło. Prawdziwy rachunek – sądowy, finansowy i wyborczy – Francja zacznie wystawiać dopiero teraz.

