Święto komercji czy dzień wielkiej ściemy? Prawdziwa historia Black Friday

2025-11-28_18-55_Święto komercji czy dzień wielkiej ściemy

Dziś Black Friday. Dzień, w którym portfele otwierają się szerzej, a zdrowy rozsądek często bierze wolne. Zewsząd atakują nas krzykliwe banery, a sprzedawcy obiecują okazje życia. Ale skąd właściwie wzięło się to szaleństwo? I dlaczego, mimo unijnych dyrektyw, wciąż dajemy się nabierać na „promocje”, które promocjami są tylko z nazwy?

Black Friday to nieoficjalny początek sezonu zakupów przed Bożym Narodzeniem. Wypada zawsze w piątek po amerykańskim Święcie Dziękczynienia. Ale jego korzenie są znacznie mniej „glamour”, niż chcieliby tego spece od marketingu.

Filadelfia, lata 60. i policyjny koszmar

Wbrew popularnej legendzie, nazwa „Black Friday” nie wzięła się od tłumów szturmujących sklepy po prezenty. Termin ten ukuli… policjanci z Filadelfii w latach 60. (a nawet 50.) XX wieku.

Dla funkcjonariuszy piątek po Święcie Dziękczynienia był horrorem. Do miasta zjeżdżały tłumy turystów i kibiców na coroczny, wielki mecz futbolowy między Armią a Marynarką (Army vs. Navy). Skutek? Gigantyczne korki, chaos na ulicach, drobne kradzieże i brak możliwości wzięcia wolnego. Policjanci nazwali ten dzień „Czarnym Piątkiem”, bo był dla nich najgorszym dniem w roku.

Mit o „czarnym tuszu”

Dopiero w latach 80. handlowcy postanowili odczarować tę nazwę. Uznali, że „Czarny Piątek” brzmi zbyt ponuro. Wymyślili więc nową, marketingową legendę, która przyjęła się na całym świecie.

Według niej nazwa pochodzi od koloru tuszu w księgach rachunkowych. Przez większość roku sklepy notowały straty (zapisywane czerwonym tuszem), a dopiero w piątek po Dziękczynieniu, dzięki zakupowemu szałowi, zaczynały wychodzić „na plus” – co zapisywano tuszem czarnym. To wersja, którą sklepy lubią najbardziej.

Polski Black Friday, czyli… Black Week i manipulacje

W Polsce to święto przyjęło się w specyficznej formie. Zamiast jednego dnia, mamy często „Black Week”, a nawet „Black Month”. Niestety, mamy też polską specyfikę „promocji”, która często polegała na podnoszeniu cen dwa tygodnie wcześniej, by potem spektakularnie je obniżyć.

Kres temu miała położyć unijna Dyrektywa Omnibus. Od 2023 roku sprzedawca ma obowiązek pokazać nie tylko cenę promocyjną, ale też najniższą cenę tego produktu z ostatnich 30 dni.

Czy to działa? I tak, i nie. Tak, bo widzimy czarno na białym, czy promocja jest prawdziwa. Często okazuje się, że „wielka obniżka -40%” to w rzeczywistości cena wyższa niż dwa tygodnie temu. Nie, bo sprzedawcy nauczyli się to omijać, np. tworząc „zestawy” produktów, które są nowością w systemie i nie mają historii ceny, albo minimalnie zmieniając kod produktu.

Jak kupować i nie zwariować? 3 zasady

Psychologia Black Friday opiera się na FOMO (Fear Of Missing Out – lęk przed pominięciem okazji) i pilności („tylko do północy!”). Żeby nie obudzić się jutro z debetem i stertą niepotrzebnych rzeczy, warto stosować kilka zasad. Po pierwsze patrz na mały druczek. Szukaj informacji o „najniższej cenie z 30 dni”. To jedyny wiarygodny wskaźnik, czy okazja jest okazją. Po drugie sprawdzaj historię cen. Używaj porównywarek (Ceneo, Skąpiec) lub stron śledzących historię cen. Zobaczysz wtedy, czy ten telewizor nie był przypadkiem tańszy w lipcu. Wreszcie, po trzecie zrób listę. To banalne, ale działa. Jeśli nie planowałeś kupić nowego tostera wczoraj, to znaczy, że nie potrzebujesz go dzisiaj – nawet jeśli jest przeceniony o 30 złotych.

Black Friday może być świetną okazją, by kupić taniej prezenty, ale wymaga chłodnej głowy. Pamiętaj – sprzedawca nigdy nie traci. Jeśli coś jest tanie, to znaczy, że wciąż opłaca się to sprzedać.


Podziel się w mediach społecznościowych

Czytaj również: