Współczesny polski rolnik to już nie tylko producent żywności, ale w równej mierze księgowy, prawnik i analityk danych, który musi lawirować w gąszczu najbardziej restrykcyjnych przepisów na planecie. Unia Europejska z dumą narzuca swojemu rolnictwu wyśrubowane standardy ekologiczne, bezwzględne wymogi dotyczące dobrostanu zwierząt i drastyczne ograniczenia w stosowaniu nawozów. Problem polega na tym, że gdy europejscy, w tym polscy, producenci dwoją się i troją, by sprostać unijnym biurokratom, rynkowe półki zalewa tania, niecertyfikowana żywność z krajów trzecich, gdzie pojęcie „normy” praktycznie nie istnieje. To już nie jest walka o czystą planetę, to systemowa hipokryzja, która powoli, ale skutecznie dusi rodzimą produkcję i zagraża naszemu bezpieczeństwu żywnościowemu.
Jako konsumenci wszyscy chcemy jeść zdrowo, bez pestycydów i z poszanowaniem dla środowiska naturalnego. Unia Europejska wzięła to pragnienie na sztandary, tworząc z kontynentu prawdziwą twierdzę regulacyjną. Polscy rolnicy muszą dziś spełniać normy, które w innych częściach globu wydają się wręcz utopijne. Mówimy tu o precyzyjnych, rygorystycznych limitach stosowania środków ochrony roślin, wymogach dotyczących płodozmianu, obowiązkowym ugorowaniu ziemi czy restrykcyjnych zasadach dobrostanu zwierząt, które dyktują niemalże z dokładnością do centymetra przestrzeń życiową dla pojedynczej kury czy świni.
Do tego dochodzi absurdalnie rozbudowana sprawozdawczość. Polski gospodarz musi dokumentować każdy swój krok, robić geotagowane zdjęcia obornika na polu, przesyłać je przez specjalne aplikacje i udowadniać urzędnikom, że nie zatruwa planety. Koszty dostosowania gospodarstw do tych wymogów są astronomiczne, a zyski pożerane przez inflację i rosnące ceny energii. W efekcie stworzyliśmy rolnictwo idealne na papierze, produkujące żywność o najwyższej na świecie jakości i bezpieczeństwie, ale jednocześnie rolnictwo ekstremalnie drogie w utrzymaniu.
Nierówna walka z globalnym importem
Prawdziwy dramat polskiego rolnictwa nie polega jednak wyłącznie na tym, że Bruksela dokręca regulacyjną śrubę. Tragedia rozgrywa się na etapie rynkowej konfrontacji, gdzie europejska solidarność i dbałość o ekologię zderzają się z brutalnym rynkiem. Kiedy polski rolnik musi wycofywać z użycia kolejną substancję czynną, która pomagała mu ratować plony przed szkodnikami, do portów w Europie wpływają statki z Ameryki Południowej, a przez wschodnią granicę wjeżdżają tysiące ton produktów rolnych, które takich norm nigdy na oczy nie widziały. Porozumienia handlowe z krajami Mercosur czy otwarcie rynku na produkty z Ukrainy obnażyły fundamentalną słabość unijnego systemu. Zagraniczni producenci mogą stosować pestycydy zakazane w UE od kilkunastu lat, nie muszą martwić się o limity emisji gazów cieplarnianych ani o rozbudowane struktury socjalne dla swoich pracowników. Produkują żywność ułamek tego, co kosztuje to w Europie. Unia Europejska z jednej strony każe swoim producentom biec w maratonie z dwudziestokilogramowym plecakiem przepisów, a z drugiej strony pozwala konkurentom z zagranicy jechać na tym samym torze sportowym motocyklem.
Konsument chce tanio a unia każe drogo
W tym całym łańcuchu hipokryzji nie można zapomnieć o ostatecznym ogniwie, czyli o nas samych – konsumentach. Chociaż w deklaracjach i badaniach ankietowych wszyscy chętnie popieramy ekologiczne rozwiązania i zrównoważony rozwój, to przy sklepowej półce brutalnie wygrywa portfel. W dobie wysokiej inflacji i rosnących kosztów życia, przeciętny Europejczyk szuka oszczędności, sięgając po to, co tańsze, a nie po to, co wyprodukowano zgodnie z unijnymi dyrektywami. Wielkie sieci handlowe doskonale o tym wiedzą, dlatego bez skrupułów importują tańsze, zagraniczne odpowiedniki, spychając polskie produkty na margines opłacalności. Rodzimy producent staje się więźniem systemu: zmuszony przez unijnego urzędnika do drogiej, ekologicznej produkcji, zostaje następnie odrzucony przez rynek, który odmawia zapłacenia premii za tę jakość. Jeśli ten kurs nie zostanie drastycznie skorygowany, a Unia nie wprowadzi żelaznych ceł granicznych lub mechanizmów wyrównujących dla importowanej żywności, polska wieś, jaką znamy, po prostu przestanie istnieć, a naszą „zieloną” żywność zastąpi tania chemia zza oceanu.
Każdy minister rolnictwa i każdy unijny komisarz ma pełne usta frazesów o bezpieczeństwie żywnościowym. Tymczasem systematyczne dokręcanie śruby własnym rolnikom to prosta droga do uzależnienia Europy od zewnętrznych dostawców. Z historii pandemii i kryzysów geopolitycznych wyciągnęliśmy wniosek, że przeniesienie produkcji leków czy elektroniki do Azji było strategicznym błędem. Obecnie na naszych oczach powtarzamy ten sam błąd w odniesieniu do żywności.
Zmuszanie rolników do bankructwa poprzez absurdalne wymogi biurokratyczne to nie jest ochrona klimatu, to geopolityczne samobójstwo. Polska, która przez dekady była potęgą rolniczą i spichlerzem Europy, dziś walczy o przetrwanie swoich rodzinnych gospodarstw. Nadszedł czas, by głośno powiedzieć „sprawdzam” europejskiej biurokracji: jeśli wymagacie od nas najwyższych standardów świata, zacznijcie ich bezwzględnie wymagać od każdego grama żywności, który przekracza granice Unii Europejskiej. Inaczej cały ten Zielony Ład okaże się jedynie gwoździem do trumny dla europejskiego rolnictwa.

