Demokracja za grosze, czyli jak państwo oszczędza na polskiej wsi. Fundusz sołecki to fikcja?

Wielka polityka odmienia rozwój polskiej prowincji przez wszystkie możliwe przypadki, ale kiedy przychodzi do realnego podziału pieniędzy, mieszkańcy najmniejszych miejscowości dostają zaledwie finansowe ochłapy. Fundusz sołecki, który w swoim pierwotnym założeniu miał być potężnym narzędziem oddolnej demokracji i symbolem obywatelskiej sprawczości, w zderzeniu z galopującą inflacją, gigantycznymi kosztami materiałów budowlanych i opieszałą biurokracją stał się kwotą wręcz symboliczną. 

Podczas gdy w Warszawie czy we Wrocławiu dyskutuje się o miliardowych inwestycjach infrastrukturalnych, przeciętny sołtys i rada sołecka muszą każdego dnia uprawiać kreatywną księgowość, próbując łatać wiejską rzeczywistość za pieniądze, które w realiach roku 2026 nie wystarczają nawet na wyasfaltowanie krótkiego odcinka drogi, założenie nowoczesnego oświetlenia czy kompleksowy remont dachu w lokalnej remizie strażackiej.

U podstaw funduszu sołeckiego leżała piękna i niezwykle potrzebna idea decentralizacji władzy, oparta na prostej prawdzie: nikt nie wie lepiej, czego potrzeba danej społeczności, niż sami jej członkowie. To mieszkańcy konkretnej wsi, spotykający się na burzliwych zebraniach w świetlicy, potrafią najtrafniej wskazać, czy pilniejsza jest budowa wiaty przystankowej dla dzieci dojeżdżających do szkoły, naprawa przepustu melioracyjnego, czy może dofinansowanie zakupu węży dla ochotniczej straży pożarnej. Niestety, ten szlachetny mechanizm oddawania decyzyjności w ręce obywateli został z biegiem lat drastycznie wypaczony przez systemowe niedofinansowanie. 

W skali wielomilionowych, a często wręcz miliardowych budżetów całych gmin, środki wydzielane na poszczególne sołectwa to zaledwie promile, które w żaden sposób nie są w stanie napędzić realnego, strukturalnego rozwoju. Zamiast stymulować odważne, perspektywiczne inwestycje, mechanizm ten sprowadził się do finansowania przysłowiowych „igrzysk i chleba” – zakupu ławek, sadzenia kwiatków wokół kapliczki czy organizacji jednorazowego festynu integracyjnego na koniec lata, podczas gdy twarda, kluczowa dla bezpieczeństwa infrastruktura wciąż gnije i domaga się milionowych nakładów, o które każdy lokalny sołtys musi miesiącami zabiegać, pukając do drzwi wyższych urzędników.

Matematyka biedy i skostniałe algorytmy duszą ambitne inicjatywy oddolne

Głównym winowajcą obecnego paraliżu jest sam ustawowy mechanizm wyliczania kwot należnych poszczególnym wsiom, który całkowicie oderwał się od współczesnych realiów makroekonomicznych i cen rynkowych. Pieniądze przyznawane w ramach funduszu sołeckiego wyliczane są na podstawie sztywnego algorytmu uwzględniającego tak zwaną kwotę bazową (uzależnioną od dochodów bieżących gminy) oraz liczbę mieszkańców danego sołectwa. Sęk w tym, że ustawa nakłada rygorystyczny, odgórny limit maksymalny – bez względu na to, czy wieś liczy tysiąc, czy trzy tysiące mieszkańców, kwota dotacji zatrzymuje się na szklanym suficie kilkudziesięciu tysięcy złotych rocznie. Z kolei w przypadku najmniejszych osad, liczących zaledwie kilkudziesięciu obywateli, roczny budżet zamyka się często w żenującej kwocie kilkunastu tysięcy złotych. 

Biorąc pod uwagę fakt, że od czasów pandemii i kryzysu energetycznego ceny materiałów budowlanych, usług firm zewnętrznych oraz robocizny wzrosły w wielu sektorach o ponad sto procent, siła nabywcza funduszu spadła do poziomu krytycznego. Z perspektywy finansowej oznacza to, że dzisiejsze 50 tysięcy złotych znaczy mniej więcej tyle, co 20 tysięcy jeszcze dekadę temu. Jakakolwiek poważna inwestycja, taka jak chociażby budowa bezpiecznego placu zabaw z atestami, wykracza poza finansowy zasięg pojedynczego sołectwa, zmuszając wsie do dzielenia trywialnych projektów na absurdalne, wieloletnie etapy realizacyjne.

Państwo wygodnie zrzuca odpowiedzialność na dół bez przekazywania adekwatnych narzędzi finansowych

Sytuacja wokół funduszy obnaża znacznie głębszy kryzys zaufania na linii państwo – gmina – sołectwo, w którym najmniejsze jednostki stają się ofiarą permanentnego przesuwania kołdry. Rządzący z poziomu centralnego, od premierów po kolejnych ministrów, chętnie chwalą się wsparciem dla Polski powiatowej i wiejskiej, tworząc wielkie, scentralizowane programy dotacyjne na wzór dawnego Polskiego Ładu. Jednakże te gigantyczne transfery trafiają zazwyczaj wprost do rąk decyzyjnych wójtów i burmistrzów, którzy z natury rzeczy preferują duże, spektakularne inwestycje w centrach swoich gmin – budowę basenów, hal sportowych czy rewitalizację głównych rynków, co przynosi największy poklask wyborczy. 

Tymczasem wójt, zmagający się z rosnącymi kosztami edukacji i gospodarki odpadami, często traktuje wyodrębnienie funduszu sołeckiego jako zło konieczne, a nierzadko wręcz próbuje zniechęcać rady wiejskie do jego uchwalania, by zatrzymać więcej gotówki w centralnym budżecie gminy. W rezultacie sołtys, będący na pierwszej linii frontu starć z niezadowolonymi mieszkańcami żądającymi naprawy dziurawej drogi, staje się bezbronnym zderzakiem. Musi świecić oczami i tłumaczyć, dlaczego gmina realizuje wielkie projekty w stolicy powiatu, podczas gdy na prowincji brakuje pieniędzy na wyrównanie pobocza, mając w ręku argument w postaci rocznego budżetu, za który w obecnych czasach można co najwyżej wynająć równiarkę na kilka dni roboczych.

Polska wieś drastycznie się zmienia, ale skrajnie niedofinansowane przepisy utknęły w głębokiej przeszłości

Bez radykalnej, systemowej reformy ustawy o funduszu sołeckim, to unikalne narzędzie aktywizacji społecznej wkrótce całkowicie straci rację bytu, przeradzając się w administracyjną fikcję. Współczesna polska wieś to już nie tylko rolnictwo, ale potężny organizm gospodarczy, w którym osiedlają się nowi mieszkańcy uciekający z przeludnionych aglomeracji, generując tym samym zupełnie nowe, kosztowne potrzeby. Dzisiejsze sołectwa potrzebują realnych środków na współfinansowanie retencji wodnej, rozwój lokalnych odnawialnych źródeł energii (OZE), projektowanie bezpiecznych ścieżek rowerowych wzdłuż dróg tranzytowych oraz zapewnienie infrastruktury szerokopasmowej. 

Eksperci i samorządowcy są w tej kwestii zgodni: niezbędne jest natychmiastowe zlikwidowanie oderwanego od rzeczywistości górnego limitu kwotowego, a także powiązanie funduszu ze stałym, niepodważalnym procentem od ogólnych dochodów własnych gminy, tak aby mniejsze jednostki rosły finansowo proporcjonalnie do bogacenia się całego regionu. Tylko gwarancja dostępu do twardych, adekwatnych do warunków rynkowych pieniędzy sprawi, że zaangażowanie zwykłych obywateli w sprawy lokalne zyska prawdziwy, gospodarczy sens, a wielkie obietnice o silnej, zrównoważonej i sprawiedliwej Polsce przestaną być jedynie pustym sloganem z warszawskich mównic.

Podziel się w mediach społecznościowych

Czytaj również: