Statystyczny Polak – wliczając niemowlęta i starców – przyjął w ciągu jednego roku 26 tabletek niesteroidowych leków przeciwzapalnych (NLPZ). To wyłącznie ibuprofen, naproksen i podobne substancje. Do tego należy doliczyć paracetamol, kwas acetylosalicylowy i inne środki przeciwbólowe kupowane bez recepty. Łącznie Polacy kupują rocznie ponad 120 milionów opakowań leków przeciwbólowych dostępnych bez recepty. Jeśli każde opakowanie zawiera przeciętnie 10-20 tabletek, to mówimy o ponad miliardzie dawek rocznie dla kraju liczącego 38 milionów mieszkańców.
Farmaceutka Angelika Talar-Śpionek z serwisu GdziePoLek mówi wprost: „Polacy łykają leki NLPZ jak cukierki, często bez umiaru. To dla nich magiczne preparaty, które mają rozwiązać wiele problemów”. Polacy plasują się w pierwszej piątce krajów o najwyższym zużyciu leków przeciwbólowych na świecie.
A w przypadku antybiotyków sytuacja jest jeszcze gorsza: według raportu OECD Health at a Glance 2025 w 2023 roku Polacy zużywali 21 DDD (definiowanych dawek dobowych) antybiotyków na 1000 mieszkańców dziennie – o 31 procent więcej niż średnia OECD wynosząca 16 DDD.
To nie są liczby bez konsekwencji. Za każdą z nich stoją konkretne szkody – dla pojedynczych organizmów, dla systemu opieki zdrowotnej i dla całego społeczeństwa.
Żeby zrozumieć skalę problemu z lekami przeciwbólowymi, trzeba najpierw wiedzieć, czym są NLPZ i dlaczego są tak powszechnie stosowane. Niesteroidowe leki przeciwzapalne — ibuprofen, naproksen, diklofenak, kwas acetylosalicylowy – blokują enzymy cyklooksygenazy (COX-1 i COX-2), które odpowiadają za produkcję prostaglandyn wywołujących ból i stan zapalny.
>> PRZECZYTAJ TAKŻE <<
Działają szybko i skutecznie. Są dostępne bez recepty. Można je kupić nie tylko w aptece, ale na stacji benzynowej, w kiosku i w supermarkecie. To ostatnie jest osobliwością polskiego prawa farmaceutycznego, która nie ma odpowiednika w wielu krajach zachodnioeuropejskich.
Prawie jedna piąta Polaków – 18-20 procent – spożywa więcej niż 52 tabletki przeciwbólowe rocznie, czyli więcej niż jedną tygodniowo. To liczba przekraczająca bezpieczną granicę regularnego stosowania. Problemu nie widać, dopóki nie zaczną pojawiać się powikłania — a te pojawiają się znacznie częściej, niż większość Polaków sądzi.
Najgroźniejszym powikłaniem regularnego stosowania NLPZ jest krwawienie z górnego odcinka przewodu pokarmowego. NLPZ uszkadzają błonę śluzową żołądka i dwunastnicy, hamując produkcję ochronnego śluzu.
Skala jest zatrważająca: krwawienie z górnego odcinka przewodu pokarmowego związane z NLPZ kończy się śmiercią w 10,6 procent przypadków. To nie jest powikłanie rzadkie – to powikłanie, które każdego roku dotyka tysięcy Polaków przyjmujących te leki „na wszelki wypadek” lub „bo działa”.
Regularne stosowanie NLPZ zwiększa też ryzyko zawału serca i udaru mózgu – szczególnie u osób z chorobami układu krążenia. Nie jest to efekt marginalny: długotrwałe stosowanie diklofenaku zwiększa ryzyko incydentów sercowo-naczyniowych o kilkanaście do kilkudziesięciu procent w zależności od dawki i czasu stosowania. Obciążają też nerki — chroniczne stosowanie NLPZ jest jedną z głównych przyczyn polekowej niewydolności nerek.
Paracetamol – powszechnie uznawany za „bezpieczniejszy” – ma własne groźne powikłania przy przedawkowaniu. Dr Piotr Hydzik, kierownik Kliniki Toksykologii i Chorób Środowiskowych Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego, mówi: „Najczęściej dochodzi do zatruć paracetamolem”. Przedawkowanie paracetamolu – które może nastąpić przy łączeniu kilku produktów zawierających tę substancję (np. leku na ból głowy, syropu na przeziębienie i suplementu) – powoduje ostrą, zagrażającą życiu niewydolność wątroby.
Wiele osób nie jest świadomych, że popularny lek na przeziębienie i osobna tabletka przeciwbólowa mogą razem zawierać dawkę przekraczającą dobowe bezpieczne maksimum.
Polekowy ból głowy: pułapka, z której trudno uciec
Jest jeszcze jeden efekt nadużywania leków przeciwbólowych, o którym mówi się znacznie za mało – i który dotyka szczególnie tych, którzy po tabletki sięgają najczęściej.
Polekowy ból głowy (medication-overuse headache, MOH) to paradoks farmakologiczny: lek brany zbyt często sam zaczyna wywoływać ból, który miał leczyć. Mechanizm jest złożony – nadmierne stosowanie leków przeciwbólowych prowadzi do zmian w ośrodkowym układzie nerwowym, które sprawiają, że próg bólowy spada, a mózg staje się coraz bardziej wrażliwy na każdy bodziec.
Według Międzynarodowej Klasyfikacji Bólów Głowy (ICHD-3) polekowy ból głowy rozpoznaje się, gdy ból głowy występuje przez co najmniej 15 dni w miesiącu u osoby, która od ponad 3 miesięcy przyjmuje proste leki przeciwbólowe – paracetamol lub NLPZ – co najmniej 15 dni w miesiącu. W przypadku opioidów próg jest niższy: już 10 dni miesięcznie wystarczy, by wywołać MOH.
Efekt jest przerażający w swojej logice: osoba, która zaczęła brać tabletki na okazjonalne bóle głowy, po miesiącach regularnego stosowania budzi się z bólem głowy niemal każdego dnia. Sięga po kolejną tabletkę. Ból na chwilę ustępuje. I wraca. Powstaje błędne koło, z którego wyjście wymaga – paradoksalnie -całkowitego odstawienia leku i przeżycia kilku tygodni nasilonych bólów, zanim układ nerwowy wróci do normalnej wrażliwości.
Szacunki wskazują, że od 1 do 2 procent populacji krajów rozwiniętych cierpi na polekowy ból głowy. W Polsce oznaczałoby to od 380 tysięcy do 760 tysięcy osób. Większość z nich nie wie, że ich codzienny ból jest spowodowany lekiem, który przyjmują, żeby go uśmierzyć.
Badania z 2025 roku: NLPZ mogą napędzać oporność na antybiotyki
We wrześniu 2025 roku w czasopiśmie naukowym „Antimicrobials and Resistance” ukazała się praca badaczy, która rzuciła nowe, niepokojące światło na leki przeciwbólowe. Zespół naukowców z Australii wykazał, że powszechnie stosowane leki niebędące antybiotykami – w tym ibuprofen i paracetamol – mogą zwiększać częstotliwość mutacji bakterii Escherichia coli i sprzyjać narastaniu oporności na antybiotyki, szczególnie gdy podaje się je w skojarzeniu.
To odkrycie o wielkim znaczeniu, bo dotąd główną winę za narastanie oporności bakterii przypisywano nadużywaniu samych antybiotyków. Nowe dane sugerują, że powszechnie stosowane leki przeciwbólowe – te, które kupujemy bez recepty w każdym sklepie – mogą aktywnie przyczyniać się do tego samego problemu. Jeśli wyniki zostaną potwierdzone w kolejnych badaniach, będzie to argument za znacznie surowszym podejściem do dostępności NLPZ bez recepty.
„Dotąd główną przyczynę widziano w nadużywaniu i niewłaściwym stosowaniu antybiotyków. Nowe dane sugerują, że na narastanie oporności mogą wpływać również leki, które antybiotykami nie są – zwłaszcza gdy podaje się je w skojarzeniu” – WP abcZdrowie, komentarz do badania opublikowanego w „Antimicrobials and Resistance”, IX 2025
Antybiotyki: 31 procent powyżej europejskiej średniej
Drugi wielki problem – i w pewnym sensie groźniejszy w długoterminowych konsekwencjach -to nadużywanie antybiotyków.
Polska od lat należy do grupy krajów europejskich z najwyższym zużyciem antybiotyków. W 2023 roku wskaźnik wynosił 21 DDD (definiowanych dawek dobowych) na 1000 mieszkańców dziennie. Dla porównania: średnia OECD wynosiła 16 DDD, Holandia – jedno z krajów z najniższym zużyciem – około 8 DDD. Polska zużywała zatem blisko trzykrotnie więcej antybiotyków niż jeden z liderów racjonalnej antybiotykoterapii w Europie.
Tendencja jest szczególnie niepokojąca na tle europejskim. W całej Unii Europejskiej stosowanie antybiotyków spada – w 2021 roku antybiotyki stosowało tylko 23 procent Europejczyków, najniższy odsetek od 2009 roku. Polska jest jednym z niechlubnych wyjątków.
Podczas gdy Finlandia, Kanada, Austria, Izrael i Australia notują największe postępy w redukcji stosowania antybiotyków, polska krzywa idzie w górę lub utrzymuje się na poziomie rażąco wyższym niż europejska norma.
W 2022 roku Polacy kupili 45 milionów opakowań antybiotyków. Oznacza to, że co roku w Polsce wystawianych jest kilkadziesiąt milionów recept na te leki.
Eksperci wskazują na kilka przyczyn tego stanu: presja pacjentów na lekarzy – szczególnie w sezonie infekcyjnym – którzy oczekują recepty na antybiotyk przy każdym przeziębieniu; brak czasu na długi wywiad i diagnostykę w przepełnionej przychodni; i wreszcie brak świadomości, że antybiotyki nie działają na wirusy – a przytłaczająca większość infekcji górnych dróg oddechowych ma właśnie podłoże wirusowe.
Oporność. 35 tysięcy zgonów rocznie w Europie
Tu dochodzimy do meritum problemu – do tego, dlaczego nadużywanie antybiotyków jest nie tylko kwestią zdrowia indywidualnego, lecz zagrożeniem cywilizacyjnym.
Antybiotyki działają dlatego, że zabijają bakterie lub hamują ich wzrost. Bakterie jednak ewoluują – i w populacjach narażonych na działanie antybiotyku przeżywają te osobniki, które przypadkowo mają mutacje dające im odporność. Im częściej stosuje się dany antybiotyk i im szersze są jego zastosowania, tym szybciej ta selekcja postępuje. Szczepy oporne na jeden antybiotyk mogą wyrobić oporność na kolejny.
Powstają drobnoustroje wielolekooporne – MDR – odporne na trzy lub więcej klas antybiotyków. I wreszcie pojawiają się szczepy odporne na wszystko, co mamy w arsenale medycyny.
Dane z Europy są alarmujące. Według ECDC w Unii Europejskiej, Islandii i Norwegii każdego roku z powodu zakażeń wywołanych drobnoustrojami opornymi na antybiotyki umiera ponad 35 tysięcy osób. Zakażenia te generują 1,5 miliarda euro dodatkowych kosztów opieki zdrowotnej i utraty produktywności rocznie.
Na świecie roczna liczba zgonów z powodu oporności na antybiotyki szacowana jest na ponad 700 tysięcy – a WHO przewiduje, że do 2050 roku liczba ta może sięgnąć 10 milionów rocznie. Oznaczałoby to, że oporność na antybiotyki zabijałaby więcej ludzi niż choroby nowotworowe i cukrzyca łącznie.
W Polsce problem jest szczególnie ostry w kontekście szpitalnym. Raport Wojskowego Instytutu Medycznego pokazuje, że liczba izolacji Klebsiella pneumoniae typu NDR (opornej na najnowocześniejsze antybiotyki – karbapenemy) wzrosła 3,5-krotnie. W 2021 roku oporność na karbapenemy u tego patogenu wynosiła w Polsce 19,5 procent – co oznacza, że niemal co piąty wykryty szczep tej niebezpiecznej bakterii jest odporny na ostatnią linię obrony medycyny. Coraz częściej mamy do czynienia z bakteriami opornymi na wszystkie dostępne antybiotyki – co w praktyce oznacza niemożność skutecznego leczenia.
Dlaczego Polacy biorą tyle tabletek?
Zrozumienie skali problemu wymaga zrozumienia jego przyczyn. Nie chodzi o złą wolę pacjentów – chodzi o splot czynników kulturowych, systemowych i regulacyjnych.
Po pierwsze: polska kultura bólu i choroby. Polska mentalność przez dekady kształtowała się w środowisku, gdzie bólu się nie okazuje, leczenie u lekarza jest traktowane jako ostateczność, a tabletka kupiona w aptece to szybkie, tanie i „bezpieczne” rozwiązanie. Leki przeciwbólowe dostępne bez recepty są w Polsce traktowane jak suplement diety – coś, co bierze się profilaktycznie, gdy się trochę gorzej czuje, bez potrzeby myślenia o wskazaniach i przeciwwskazaniach.
Po drugie: dostępność i reklama. Polska jest jednym z niewielu krajów europejskich, gdzie leki przeciwbólowe i niektóre inne preparaty OTC można kupić poza aptekami – na stacjach benzynowych, w kioskach, w supermarketach.
Do tego dochodzą agresywne kampanie reklamowe, które nie tylko informują o produkcie, ale kreują potrzebę: ból głowy? Tabletka. Ból zęba? Tabletka. Zmęczenie? Tabletka. Reklamy leków OTC są w Polsce wszechobecne w telewizji i internecie – i zawsze mówią językiem korzyści, bez rzetelnej informacji o ryzyku.
Po trzecie: bariery dostępu do lekarza. Polska boryka się z chronicznymi kolejkami do specjalistów i – coraz częściej – do lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej. Kiedy na wizytę do lekarza czeka się tygodniami, naturalna reakcja to sięgnięcie po tabletki dostępne bez recepty. Problem w tym, że samoleczenie lekami OTC przez długi czas może maskować poważniejsze choroby wymagające diagnozy i właściwego leczenia.
Po czwarte: w przypadku antybiotyków dochodzi presja pacjenta na lekarza. Polscy pacjenci często przychodzą do lekarza z gotowym oczekiwaniem: „proszę o antybiotyk”. Lekarz, mający ograniczony czas wizyty i chcący zachować relację z pacjentem, nierzadko wystawia receptę – nawet jeśli nie jest pewny, czy jest konieczna. W wielu przychodniach brakuje też szybkich testów, które pozwoliłyby odróżnić infekcję bakteryjną od wirusowej bez kilkudniowego czekania na wynik hodowli.
Skutki dla systemu i dla portfela
Paradoks polskiego nadużywania leków polega na tym, że jest ono kosztowne na wielu poziomach jednocześnie.
W Polsce na leki OTC – w zdecydowanej większości środki przeciwbólowe – wydajemy rocznie ponad 11 miliardów złotych. To pieniądze wydane przez pacjentów z własnych kieszeni, bo leki bez recepty nie są refundowane. Do tego dochodzą koszty leczenia powikłań: hospitalizacje z powodu krwawień z przewodu pokarmowego, kryzysów nerkowych, zawałów.
Od 10 do 15 procent wszystkich hospitalizacji w Polsce wiąże się z powikłaniami polekowymi – i znaczna ich część jest efektem stosowania powszechnie dostępnych leków przeciwbólowych.
Koszty antybiotykooporności są trudniejsze do wyceny, ale realnie ogromne. Zakażenia wywołane przez bakterie oporne na standardowe antybiotyki wymagają droższych, nowszych preparatów – lub w przypadku pełnej oporności – nie dają się leczyć wcale. Dłuższe hospitalizacje, izolacja pacjentów, intensywniejsza opieka pielęgniarska -to wszystko generuje koszty, które ostatecznie ponosi system opieki zdrowotnej, a więc wszyscy podatnicy.
Co działa?
Część krajów europejskich pokazuje, że problem nie jest nierozwiązywalny. Holandia i kraje skandynawskie ograniczyły zużycie antybiotyków do poziomu niemal trzykrotnie niższego niż w Polsce – przez kombinację edukacji lekarzy i pacjentów, wytycznych klinicznych, szybkiej diagnostyki i ścisłej kontroli dostępności antybiotyków.
W Polsce działa Narodowy Program Ochrony Antybiotyków, koordynowany przez Narodowy Instytut Leków. Jego zadaniem jest edukacja, monitorowanie i wdrażanie standardów racjonalnej antybiotykoterapii. Program przynosi pewne efekty – świadomość społeczna wzrosła, część lekarzy stosuje się do wytycznych. Ale dane pokazują, że to wciąż za mało.
Eksperci wskazują na kilka kroków, które mogłyby realnie poprawić sytuację. Ograniczenie sprzedaży leków OTC wyłącznie do aptek – tak jak w większości krajów zachodnioeuropejskich – zmniejszyłoby impulsywne kupowanie leków przeciwbólowych.
Restrykcje w reklamie leków OTC w telewizji i mediach społecznościowych, podobne do tych obowiązujących w Niemczech czy Francji, ograniczyłyby kreowanie sztucznego popytu.
Wprowadzenie szybkich testów diagnostycznych – odróżniających anginy bakteryjne od wirusowych – do podstawowej opieki zdrowotnej zmniejszyłoby liczbę niepotrzebnie wystawianych recept na antybiotyki. Docelowo potrzebna jest też zmiana kulturowa: zrozumienie, że ból jest informacją, nie wrogiem do natychmiastowego zniszczenia.
Dr Woroń z Collegium Medicum UJ formułuje to lapidarnie: „Ryzyko powikłań związanych z zażyciem leku jest wyższe niż ryzyko udziału w wypadku komunikacyjnym”. I dodaje coś, co brzmi paradoksalnie, ale jest medycznie uzasadnione: „Stosowanie opioidów zgodnie z zaleceniami jest znacznie bezpieczniejsze niż samoleczenie się lekami OTC” – co nie jest zachętą do stosowania opioidów, lecz ostrym komentarzem do fałszywego poczucia bezpieczeństwa, z jakim Polacy sięgają po „niegroźny” ibuprofen.

