W 2025 roku ponad 212 tysięcy osób miało sądowy zakaz prowadzenia pojazdów. Blisko 27 tysięcy zostało przyłapanych, jak jeździły mimo wszystko. Jeden z nich miał ponad dwadzieścia toczących się postępowań i nadal wsiadał za kierownicę. Kary rosną, przepisy się zaostrzają, ale problem nie znika. Dlaczego?Jest pewien rodzaj przestępstwa, który w Polsce ma charakter epidemii a mimo to nie budzi takiego oburzenia jak kradzieże, rozboje czy korupcja. To przestępstwo popełniane codziennie, na oczach wszystkich, na każdej drodze, w każdym mieście i na każdej wsi. Popełniają je tysiące ludzi, świadomie, z premedytacją, kalkulując, że prawdopodobieństwo wpadki jest niskie, a konsekwencje do przeżycia.
Tym przestępstwem jest jazda z cofniętymi uprawnieniami lub z sądowym zakazem prowadzenia pojazdów. Innymi słowy: prowadzenie samochodu przez ludzi, którym prawo zabroniło tego robić, bo byli pijani, bo spowodowali wypadek, bo nagminnie łamali przepisy. Ludzi, o których państwo polskie wie, że nie powinni siedzieć za kierownicą. I którzy siedzą za nią mimo wszystko.
Liczby, które powinny przerażać
Dane policji za 2025 rok są precyzyjne i druzgocące. W ciągu roku funkcjonariusze ujawnili 16 724 osoby, które naruszyły sądowy zakaz prowadzenia pojazdów. To jest przestępstwo z artykułu 244 Kodeksu karnego, zagrożone karą do pięciu lat pozbawienia wolności. Szesnaście tysięcy siedemset dwadzieścia cztery osoby, którym sąd powiedział „nie wolno ci prowadzić samochodu”, a które odpowiedziały: „a jednak będę”. Do tego 10 182 osoby kierowały pojazdami mimo cofnięcia uprawnień. To przestępstwo z artykułu 180a Kodeksu karnego, zagrożone karą do dwóch lat więzienia. To ludzie, którym starosta lub sąd formalnie odebrał prawo jazdy a oni dalej jeżdżą.
Każdego dnia w Polsce policja przyłapuje siedemdziesięciu czterech kierowców, którzy prowadzą pojazd mimo sądowego zakazu lub cofnięcia uprawnień. Rekordzista miał ponad dwadzieścia toczących się postępowań — i nadal jeździł. A 212 tysięcy osób z aktywnymi zakazami to tylko ci, o których wiemy.
Dodatkowo 275 osób złapano na jeździe w okresie trzymiesięcznego administracyjnego zatrzymania prawa jazdy (za przekroczenie prędkości o ponad 50 km/h w terenie zabudowanym) i 28 w okresie wydłużonego sześciomiesięcznego zatrzymania. Łącznie ponad 27 tysięcy osób przyłapanych w jednym roku na prowadzeniu pojazdu mimo formalnego zakazu. Siedemdziesięciu czterech dziennie. Trzy na godzinę. A to są tylko ci, których złapano.
Ciemna liczba. Ilu naprawdę jeździ?
Tu zaczyna się najbardziej niepokojąca część tej historii. W 2025 roku aktywny sądowy zakaz prowadzenia pojazdów miało ponad 212 tysięcy osób na które nałożono łącznie ponad 264 tysiące zakazów (niektórzy mieli ich więcej niż jeden). Policja złapała z tego 16 724, niecałe 8 procent. Reszta albo przestrzegała zakazu, albo – co niestety bardzo prawdopodobne w świetle wieloletnich badań – jeździła dalej, po prostu unikając kontroli.Dane historyczne potwierdzają tę hipotezę. Policja szacowała już kilka lat temu, że nawet połowa osób z cofniętymi uprawnieniami nadal wsiada za kierownicę. Analitycy przeprowadzający ekstrapolację danych o kontrolach drogowych dochodzili do wniosków jeszcze bardziej alarmujących. Rzeczywista liczba kierowców poruszających się po polskich drogach bez jakichkolwiek uprawnień – łącznie z tymi, którzy nigdy nie mieli prawa jazdy – może sięgać 250 tysięcy osób.
Ćwierć miliona ludzi za kierownicą, którzy albo nigdy nie zdawali egzaminu, albo stracili prawo jazdy za alkohol, wypadek lub nagminne łamanie przepisów. Jadą obok Ciebie. Codziennie.
Rekordzista: ponad dwadzieścia spraw
Minister sprawiedliwości Waldemar Żurek, prezentując w styczniu 2026 roku wyniki lustracji prokuratur w sprawach o łamanie zakazów, podał dane, które brzmią jak czarny żart.Od 1 stycznia 2024 do 11 grudnia 2025 roku zarejestrowano 20 osób, wobec których prowadzono więcej niż dziesięć postępowań z artykułów 180a i 244 Kodeksu karnego. Więcej niż dziesięć – to znaczy, że każdy z tych ludzi był łapany na jeździe bez uprawnień lub z zakazem ponad dziesięciokrotnie. I za każdym razem wracał za kierownicę.Rekordzista, którego danych osobowych ministerstwo nie ujawniło miał ponad dwadzieścia toczących się postępowań. Dwadzieścia razy złapany. Dwadzieścia razy postawiony przed sądem lub prokuratorem. I nadal jeździł.
Co musi się stać, żeby taki człowiek przestał prowadzić samochód? Odpowiedź systemu brzmi: najwyraźniej nic!
„W 2025 roku obowiązujący sądowy zakaz prowadzenia pojazdów miało ponad 212 tysięcy osób, wobec których orzeczono łącznie ponad 264 tysiące zakazów.”
– Partnerstwo dla Bezpieczeństwa Drogowego, raport 2026
Kary za łamanie zakazów są – na papierze – surowe. Artykuł 244 Kodeksu karnego (złamanie sądowego zakazu) grozi karą od trzech miesięcy do pięciu lat pozbawienia wolności. Artykuł 180a (jazda po cofnięciu uprawnień) grzywną, ograniczeniem wolności albo pozbawieniem wolności do dwóch lat. Od 29 stycznia 2026 roku przepisy zaostrzono jeszcze bardziej. Wprowadzono możliwość orzeczenia dożywotniego zakazu prowadzenia pojazdów za recydywę.
Brzmi groźnie. Ale między „groźnie brzmiącym” przepisem a jego egzekucją leży przepaść.Po pierwsze prawdopodobieństwo wykrycia jest niskie. Policja przeprowadza rocznie kilkanaście milionów kontroli drogowych, ale to wciąż ułamek wszystkich przejazdów na polskich drogach. Kierowca z zakazem, który nie łamie innych przepisów (nie jedzie za szybko, nie jest pijany, nie budzi podejrzeń), może jeździć latami bez wpadki. Wie o tym i kalkuluje.
Po drugie sądy nie zawsze orzekają realne kary pozbawienia wolności. Warunkowe umorzenie, zawieszenie wykonania kary, grzywna zamiast więzienia. W praktyce wielu sprawców wraca do domu tego samego dnia, w którym usłyszeli wyrok. I tego samego dnia wsiadają za kierownicę.
Po trzecie brakuje fizycznego mechanizmu uniemożliwiającego jazdę. W kilku krajach europejskich stosuje się elektroniczne blokady zapłonu (alcolocks) montowane w samochodach osób skazanych za jazdę po alkoholu. Silnik nie odpali, dopóki kierowca nie dmuchnie w alkomat. W Polsce taki system istnieje w przepisach od niedawna, ale skala jego stosowania jest śladowa.
52 ofiary na milion. Jak daleko nam do Europy
Minister Żurek, prezentując wyniki lustracji, podał jeszcze jedną liczbę. W 2025 roku na milion mieszkańców Polski przypadały 52 ofiary śmiertelne wypadków drogowych. W Szwecji 20. W Danii 24.
Czy to znaczy, że wszyscy ci ludzie zginęli z rąk kierowców bez uprawnień? Nie. Przyczyny wypadków są wieloczynnikowe. Ale dane policji jednoznacznie pokazują, że kierowcy bez uprawnień lub z zakazem prowadzenia powodują wypadki w nieproporcjonalnie dużej skali. Osoba, która jeździ z zakazem, z definicji łamie prawo i z reguły nie jest typem ostrożnego, praworządnego uczestnika ruchu. Ktoś, komu zabrano prawo jazdy za alkohol i kto mimo to wsiada za kierownicę, z dużym prawdopodobieństwem wsiada za nią znów po alkoholu.
W 2025 roku policja zatrzymała 95 262 nietrzeźwych kierowców. O trzy procent więcej niż rok wcześniej. Jedyny wskaźnik bezpieczeństwa drogowego, który poszedł w górę zamiast w dół.
Co nie działa a co powinno
Problem kierowców – duchów ma trzy warstwy i każda wymaga innego narzędzia.Pierwsza to wykrywanie. Polska potrzebuje więcej kontroli drogowych i inteligentniejszych kontroli. System CEPIK pozwala sprawdzić status uprawnień kierowcy elektronicznie, bez fizycznego dokumentu. Ale wymaga zatrzymania pojazdu. Nowoczesne systemy – kamery ANPR odczytujące numery rejestracyjne i automatycznie sprawdzające, czy właściciel pojazdu ma aktywny zakaz – mogłyby zwiększyć wykrywalność dziesięciokrotnie. W Wielkiej Brytanii takie kamery działają od lat. W Polsce nie.Warstwa druga to egzekucja kar. Raport z lustracji prokuratur, który minister Żurek określił jako liczący 337 stron, wykazał systemowe problemy w prowadzeniu spraw o łamanie zakazów. Zapowiedział wytyczne dla prokuratorów, mające ujednolicić politykę karania i zwiększyć skuteczność ścigania. To krok w dobrym kierunku, ale wytyczne to papier, a papier nie zatrzymuje samochodu.
Warstwa trzecia – najtrudniejsza – to fizyczne uniemożliwienie jazdy. Konfiskata pojazdu (wprowadzona w 2024 roku dla nietrzeźwych kierowców), elektroniczne blokady zapłonu, obowiązkowy monitoring GPS dla recydywistów, to narzędzia, które istnieją w innych krajach i które skutecznie eliminują problem. Nie można złamać zakazu prowadzenia, jeśli samochód fizycznie nie odpali. Nie można jechać pijany, jeśli silnik wymaga dmuchnięcia w alkomat. Technologia istnieje. Brakuje woli, by ją zastosować na masową skalę.
Prawo, które działa tylko na papierze
Jest w tym wszystkim gorzka ironia. Polska ma jedne z najsurowszych przepisów drogowych w Europie, przynajmniej na papierze. Konfiskata pojazdu za alkohol. Punkty karne. Zatrzymanie prawa jazdy za prędkość. Dożywotni zakaz za recydywę. Od 2026 roku nowe zasady. Za jazdę po cofnięciu uprawnień grozi cofnięcie na pięć lat (zamiast dotychczasowego przedłużenia do sześciu miesięcy). Ale najsurowsze prawo na świecie jest bezwartościowe, jeśli nie jest egzekwowane. A egzekwowanie wymaga trzech rzeczy, których polskiemu systemowi brakuje: nieuchronności kary (wymaga wykrywalności), szybkości kary (wymaga sprawnych sądów) i fizycznej skuteczności kary (wymaga technologii uniemożliwiającej recydywę).
Bez tych trzech elementów mamy to, co mamy: 212 tysięcy zakazów, 27 tysięcy złapanych, rekordzistę z dwudziestoma sprawami. I ludzi, którzy codziennie wsiadają za kierownicę, mimo że państwo polskie im tego zabroniło, bo wiedzą, że państwo polskie nie jest w stanie im w tym przeszkodzić.

