Nowa konstytucja. Czy Polska jej potrzebuje?

3 maja 2026 roku – w rocznicę Konstytucji z 1791 roku – prezydent Karol Nawrocki ogłosił prace nad „Konstytucją nowej generacji roku 2030″ i powołał Radę Nowej Konstytucji. Koalicja rządząca odmówiła udziału. Konstytucjonaliści są podzieleni. A sondaż z 10 maja pokazuje: Polacy chcą zmian, ale nie ufają, że ktokolwiek je przeprowadzi uczciwie. Odłóżmy politykę na bok i zadajmy pytanie merytoryczne: czy Konstytucja z 1997 roku wymaga zmiany i jeśli tak, to co konkretnie trzeba naprawić?

Są w polskiej polityce tematy, które natychmiast dzielą ludzi na dwa obozy i każdy okopuje się na swoich pozycjach, zanim zdąży przeczytać pierwszy akapit. Zmiana konstytucji jest takim tematem. Dla jednych to konieczność, bo Konstytucja z 1997 roku ma niemal trzydzieści lat i nie przystaje do rzeczywistości. Dla drugich to zamach, bo „zmiana konstytucji” w ustach prawicowego prezydenta oznacza „poszerzenie władzy prezydenta kosztem premiera i Sejmu.”

Ten artykuł nie jest o polityce – choć polityka jest tu nieunikniona. Jest o meritum: czy Konstytucja z 1997 roku ma wady? Jeśli tak – jakie? I co z nimi zrobić, niezależnie od tego, kto rządzi i kto siedzi w Pałacu Prezydenckim?

Co ogłosił Karol Nawrocki

Fakty są proste. 3 maja 2026 roku, podczas obchodów Święta Konstytucji na Placu Zamkowym w Warszawie prezydent Karol Nawrocki ogłosił rozpoczęcie prac nad „Konstytucją nowej generacji roku 2030.” Powiedział: „Nie odpowiem dzisiaj narodowi, jaki system powinniśmy wybrać: czy system premierowski, czy system prezydencki. Ale powiem wam, że tak dalej być nie może, że władza w Polsce rozkłada się na dwa ośrodki.”

Tego samego dnia powołał Radę Nowej Konstytucji – ciało doradcze przy prezydencie, którego zadaniem jest opracowanie założeń nowej ustawy zasadniczej do końca kadencji Nawrockiego. W skład Rady weszli między innymi: Julia Przyłębska (była prezes Trybunału Konstytucyjnego), Józef Zych (były marszałek Sejmu, PSL), Marek Jurek (były marszałek Sejmu, konserwatywny polityk), Ryszard Legutko (eurodeputowany PiS, filozof), profesor Ryszard Piotrowski (konstytucjonalista z UW), profesor Anna Łabno (konstytucjonalistka) i Barbara Piwnik (była minister sprawiedliwości, sędzia w stanie spoczynku).

To jest inicjatywa prezydencka, ale nie jest projektem ustawy. Karol Nawrocki nie złożył w Sejmie projektu zmiany konstytucji (choć ma do tego prawo – art. 235 Konstytucji). Powołał radę, która ma „wypracować koncepcję.” To jest etap koncepcyjny, nie legislacyjny.

Reakcje? Mur odmowy

Reakcja koalicji rządzącej była natychmiastowa i jednoznacznie negatywna.

Premier Donald Tusk: „Pan Karol Nawrocki ogłosił, że będzie pracował nad nową konstytucją. Proponuję zacząć od przestrzegania aktualnej.” I dodał: „Nie będę udawał, że to jest poważna inicjatywa.”

Wicepremier Krzysztof Gawkowski: „Bezpieczeństwo Polsce można zapewnić, przestrzegając Konstytucji, a prezydent ma z tym ewidentny problem.”

Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski zarzucił Nawrockiemu „demolowanie procedur państwowych.”

Lewica zapowiedziała, że „nigdy nie weźmie udziału w tym Karolowym cyrku.”

Z drugiej strony środowisko PiS i Konfederacji wyraziło zainteresowanie. Janusz Kowalski (były poseł PiS) ocenił skład Rady jako „bardzo ciekawy” i wskazał na potrzebę „wzmocnienia kontroli Sejmu nad decyzjami premiera w Radzie Europejskiej”, co jest konkretnym postulatem ustrojowym, niezależnie od politycznej otoczki.

Polacy chcą zmian ale nie ufają

Najświeższy sondaż UCE Research na zlecenie Onetu, przeprowadzony 9-10 maja 2026 na próbie 1 037 dorosłych Polaków daje obraz społeczeństwa podzielonego, ale nie tak jednoznacznie, jak sugerują politycy.

42 procent respondentów uważa, że Polska potrzebuje zmian w konstytucji. 36 procent jest przeciwnego zdania. 22 procent nie ma opinii.

Ale jednocześnie niemal połowa badanych nie ufa, że ewentualne zmiany będą służyły obywatelom. Tylko 29 procent wyraziło zaufanie wobec proponowanych zmian.

To jest kluczowy paradoks: Polacy widzą potrzebę zmian ale nie wierzą, że obecna klasa polityczna jest w stanie je przeprowadzić uczciwie. I trudno im się dziwić, bo ostatnie dwadzieścia lat polskiej polityki to historia instrumentalnego traktowania konstytucji przez obie strony.

Odłóżmy politykę. Co naprawdę nie działa?

Pisaliśmy na naszym portalu artykuł o Konstytucji 3 Maja 1791 roku, o dokumencie, który odpowiadał na realne problemy Rzeczypospolitej (liberum veto, wolna elekcja, anarchia magnacka). Konstytucja z 1997 roku też była odpowiedzią na realne problemy – na chaos ustrojowy lat dziewięćdziesiątych, na brak stabilności rządów, na potrzebę jasnego podziału kompetencji.

I przez prawie trzydzieści lat, w dużej mierze działała. Ale – jak każdy dokument prawny – ma wady. I te wady, niezależnie od tego, kto je podnosi i w jakim celu są realne.

„Tak dalej być nie może, że władza w Polsce rozkłada się na dwa ośrodki.” 

– prezydent Karol Nawrocki, Plac Zamkowy, 3 maja 2026

Wada pierwsza: dwugłowa władza wykonawcza. Konstytucja z 1997 roku tworzy system, w którym władzę wykonawczą dzielą prezydent i premier. Prezydent ma prawo weta (które Sejm może odrzucić większością 3/5), prawo do inicjatywy ustawodawczej, jest zwierzchnikiem sił zbrojnych, prowadzi (w pewnym zakresie) politykę zagraniczną. Premier kieruje rządem, prowadzi politykę wewnętrzną i zagraniczną, odpowiada przed Sejmem.

Gdy prezydent i premier są z tego samego obozu politycznego system działa płynnie (jak za Dudy / Szydło-Morawieckiego w 2015-2023). Gdy są z przeciwnych obozów – system generuje konflikty. Obecna sytuacja – Nawrocki (prawica) kontra Tusk (koalicja liberalno-lewicowa) jest tego dowodem: weta, spory kompetencyjne, wzajemne blokowanie.

Nawrocki ma rację, że „tak dalej być nie może.” Pytanie brzmi: co zamiast tego? System prezydencki (jak w USA – prezydent rządzi, nie ma premiera)? System kanclerski (jak w Niemczech – kanclerz rządzi, prezydent jest ceremonialny)? System semiprezydencki (jak we Francji – prezydent i premier dzielą władzę, ale prezydent dominuje)? Każdy z tych systemów ma wady i zalety i każdy wymaga fundamentalnie innej architektury państwa.

Dr Marcin Krzemiński z Katedry Prawa Konstytucyjnego UJ odpowiada sceptycznie: „Nie wiem, skąd Pan Prezydent czerpie przekonanie o niejasnym rozgraniczeniu kompetencji. Wystarczy spojrzeć do art. 146 Konstytucji – tam sprawy polityki wewnętrznej i zagranicznej zastrzeżone są dla rządu.” Innymi słowy: konstytucja jest jasna. Problem nie leży w przepisach. Leży w ludziach, którzy ich nie przestrzegają.

Wada druga: brak rozdziału europejskiego. Konstytucja z 1997 roku powstała dwa lata przed początkiem negocjacji akcesyjnych z UE i nie zawiera przepisów regulujących relacje między prawem polskim a prawem unijnym. Artykuł 90 – o przekazywaniu kompetencji organizacji międzynarodowej – jest ogólnikowy i niedostateczny.

To jest realna luka. W ciągu dwudziestu jeden lat członkostwa w UE Polska wielokrotnie stawała przed pytaniami, na które konstytucja nie daje odpowiedzi: co ma pierwszeństwo – prawo polskie czy unijne? Kto decyduje o stanowisku Polski w Radzie Europejskiej – prezydent czy premier? Jakie kompetencje Polska może przekazać Brukseli i jakie są granice tego przekazania?

Krzemiński wskazuje to jako jeden z obszarów, gdzie „można Konstytucję ulepszyć, np. wprowadzenie tzw. rozdziału europejskiego.” To jest postulat, który podnoszą konstytucjonaliści niezależnie od orientacji politycznej i który powinien być przedmiotem prac, niezależnie od tego, kto je inicjuje.

Wada trzecia: kryzys Trybunału Konstytucyjnego. Konstytucja z 1997 roku powierza Trybunałowi Konstytucyjnemu rolę „strażnika konstytucji” – organu, który bada zgodność ustaw z ustawą zasadniczą. Problem polega na tym, że od 2015 roku Trybunał jest przedmiotem sporu politycznego – obsadzany przez kolejne rządy „swoimi” sędziami, kwestionowany przez opozycję, niefunkcjonujący w pełni od lat.

Konstytucja nie przewiduje mechanizmu, który chroniłby Trybunał przed upolitycznieniem. Nie ma kadencji niezależnych od cyklu wyborczego (jak w Niemczech, gdzie sędziowie Bundesverfassungsgericht są wybierani na 12 lat bez możliwości reelekcji). Nie ma wymogu superkwalifikowanej większości do wyboru sędziów. Nie ma „zamka bezpieczeństwa,” który uniemożliwiłby jednej partii obsadzenie całego składu.

To jest wada i to poważna. Bo Trybunał, który jest polityczny, nie jest strażnikiem niczego. Jest narzędziem rządzących.

Wada czwarta: prokuratura bez gwarancji niezależności. Krzemiński wskazuje wprost: jednym z obszarów, gdzie „można Konstytucję ulepszyć,” jest „zagwarantowanie niezależności prokuraturze.” Dziś Prokurator Generalny jest jednocześnie Ministrem Sprawiedliwości (lub odwrotnie – w zależności od kadencji). To łączy w jednym ręku władzę ścigania i władzę polityczną, co jest standardem w niewielu europejskich demokracjach i budzi uzasadnione wątpliwości. Pisaliśmy o nadużywaniu tymczasowego aresztu – niezależna prokuratura mogłaby być częścią rozwiązania.

Wada piąta: skarga konstytucyjna. Krzemiński podnosi też potrzebę „poprawienia przepisów o skardze konstytucyjnej”. Instrumentu, który pozwala obywatelowi zaskarżyć przepis naruszający jego prawa. W Polsce skarga jest ograniczona (dotyczy tylko przepisów, nie ich stosowania) i rzadko skuteczna. W Niemczech – Verfassungsbeschwerde – jest jednym z najczęściej używanych narzędzi ochrony praw obywatelskich. W Polsce jest atrapą.

Gdzie są haczyki 

I tu dochodzimy do problemu z inicjatywą prezydenta.Karol Nawrocki mówił 3 maja o „dwóch ośrodkach władzy” i o potrzebie „jasnego rozgraniczenia kompetencji.” To jest diagnoza, która dotyczy jednej wady – dwugłowej egzekutywy. Ale nie mówił o niezależności prokuratury. Nie mówił o rozdziale europejskim. Nie mówił o skardze konstytucyjnej. Nie mówił o ochronie Trybunału przed upolitycznieniem.Krzemiński z UJ: „Oczywiście, jest wiele pól, gdzie można Konstytucję ulepszyć, ale o tym 3 maja nie słyszałem.”To jest zarzut, który jest uczciwy niezależnie od sympatii politycznych: jeśli otwierasz debatę konstytucyjną – otwórz ją w całości. Nie tylko w tej części, która służy Twojemu urzędowi. Bo „Konstytucja nowej generacji,” która wzmacnia prezydenta a nie naprawia prokuratury, Trybunału i skargi konstytucyjnej nie jest modernizacją. Jest przebudową pod jednego lokatora.

Paradoks Piotrowskiego

Jest w składzie Rady Nowej Konstytucji postać, która zasługuje na osobne zdanie, bo jest paradoksem samym w sobie.

Profesor Ryszard Piotrowski – wybitny konstytucjonalista z Uniwersytetu Warszawskiego, znany z krytyki zmian w Trybunale Konstytucyjnym za rządów PiS – przyjął powołanie do Rady. I powiedział publicznie: „Nie jest nam potrzebny żaden reset, nie jest nam potrzebna żadna nowa konstytucja. To ludzie powinni się zmienić, zmienić swoje podejście do państwa i prawa.”

Członek Rady Nowej Konstytucji mówi, że nowa konstytucja nie jest potrzebna. To jest albo akt odwagi intelektualnej (uczestniczę, by pilnować, żeby nie zrobiono czegoś głupiego), albo akt naiwności (uczestniczę, choć wiem, że to nie ma sensu). Czas pokaże, który z tych scenariuszy się sprawdzi.

Procedura. Czy to w ogóle możliwe?

Tu dochodzimy do kwestii technicznej, która jest fundamentalna i której politycy wolą nie omawiać.

Zmiana Konstytucji RP wymaga: uchwały Sejmu podjętej większością 2/3 głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów (czyli 307 głosów „za”), zgody Senatu (bezwzględną większością), podpisu prezydenta. Dodatkowo – jeśli zmiana dotyczy rozdziałów I, II lub XII – wymagane jest referendum zatwierdzające.

307 głosów w Sejmie. W obecnym parlamencie żadna strona nie ma takiej większości. Koalicja rządząca odmawia udziału w pracach. PiS i Konfederacja mają łącznie około 230 mandatów. Nawet gdyby połączyły siły brakuje im prawie 80 głosów.

Dr Krzemiński podnosi dodatkowy argument: „Konstytucja zawiera jedynie przepisy dotyczące wprowadzania zmian do niej samej, nie przewiduje uchwalenia zupełnie nowej Konstytucji.” Innymi słowy: obecna konstytucja pozwala się nowelizować, ale nie pozwala się zastąpić. „Konstytucja nowej generacji” – jeśli miałaby być zupełnie nowym dokumentem – nie ma ścieżki prawnej do uchwalenia w obecnych ramach.

To nie znaczy, że debata jest bezcelowa. Znaczy, że realistycznym scenariuszem nie jest „nowa konstytucja” lecz „głęboka nowelizacja obecnej.” I to wymaga konsensusu, którego dziś nie ma.

Były prezydent Kwaśniewski: „Ludzie, nie papier”

Aleksander Kwaśniewski, prezydent, za którego kadencji uchwalono Konstytucję z 1997 roku skomentował inicjatywę Karola Nawrockiego z pozycji kogoś, kto konstytucję współtworzył.

Przyznał, że „konstytucja z 1997 roku nie jest idealna.” Ale dodał: „Ustawy, nawet nienajlepsze, w rękach polityków działających w dobrej wierze mogą być skuteczne.”

3 maja 2026: prezydent Nawrocki ogłasza prace nad „Konstytucją nowej generacji roku 2030.” Powołuje Radę Nowej Konstytucji – w składzie m.in. Julia Przyłębska, Józef Zych, Ryszard Piotrowski. Premier Tusk: „Nie będę udawał, że to jest poważna inicjatywa.” Lewica: „Nigdy nie weźmiemy udziału.” Sondaż UCE Research (9-10 maja, 1 037 osób): 42% uważa, że zmiany są potrzebne. 36% – że nie. 50% nie ufa, że zmiany będą służyły obywatelom. Dr Krzemiński (UJ): „Są pola do ulepszenia – niezależność prokuratury, rozdział europejski, skarga konstytucyjna. Ale o tym 3 maja nie słyszałem.” Zmiana konstytucji wymaga 307 głosów w Sejmie. Żadna strona ich nie ma. Prof. Piotrowski (członek Rady): „Nie jest nam potrzebna żadna nowa konstytucja. To ludzie powinni się zmienić.”

I powiedział zdanie, które jest – niezależnie od sympatii – głębokie: „Zamiast zmieniać konstytucję, należy zmienić podejście polityków i zaszczepić myślenie o wspólnym interesie narodowym.”

Ma rację, ale tylko częściowo. Bo konstytucja nie jest dokumentem, który działa dobrze „w rękach dobrych ludzi.” Konstytucja powinna działać nawet w rękach złych ludzi – tak projektując instytucje, by złe intencje były blokowane przez system. I tu Konstytucja z 1997 roku zawiodła: nie zabezpieczyła Trybunału przed upolitycznieniem, nie zabezpieczyła prokuratury przed instrumentalizacją, nie zabezpieczyła mediów publicznych przed przejęciem.

Co naprawdę trzeba zmienić? Pięć postulatów ponad podziałami

Odłóżmy Nawrockiego, Tuska, PiS i koalicję na bok. Spytajmy: co w Konstytucji z 1997 roku wymaga zmiany? Obiektywnie, merytorycznie, w interesie obywateli?

Postulat pierwszy: rozdział europejski. Dwadzieścia jeden lat w UE i brak konstytucyjnych ram dla relacji z prawem unijnym. To jest luka, którą trzeba wypełnić, niezależnie od tego, czy jest się euroentuzjastą, czy eurosceptykiem. Jasne zasady są lepsze niż brak zasad.

Postulat drugi: ochrona Trybunału Konstytucyjnego. Kadencje sędziów niezależne od cyklu wyborczego (np. 12 lat, bez reelekcji). Wybór większością kwalifikowaną (np. 3/5 Sejmu), żeby żadna partia nie mogła obsadzić TK samodzielnie. Zakaz łączenia funkcji politycznych z członkostwem w TK.

Postulat trzeci: niezależność prokuratury. Rozdział funkcji Prokuratora Generalnego od Ministra Sprawiedliwości – na stałe, konstytucyjnie, nie ustawowo (bo ustawę można zmienić zwykłą większością). Prokuratura niezależna od rządu – jak w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii.

Postulat czwarty: reforma skargi konstytucyjnej. Rozszerzenie zakresu – nie tylko przepisy, ale ich stosowanie. Skrócenie procedury. Uczynienie z niej realnego narzędzia obrony praw obywatelskich, nie biurokratycznej fikcji.

Postulat piąty: jasne kompetencje w polityce zagranicznej i obronnej. Kto reprezentuje Polskę w Radzie Europejskiej – prezydent czy premier? Kto decyduje o użyciu sił zbrojnych – prezydent czy rząd? Te pytania wracają przy każdej kohabitacji – i za każdym razem prowadzą do kryzysu. Konstytucja powinna dawać na nie jednoznaczną odpowiedź.Konstytucja z 1997 roku nie jest „najlepsza na świecie.” Ale nie jest też „do wyrzucenia.” Jest dokumentem, który przez prawie trzydzieści lat – w burzliwych czasach – utrzymywał polski ustrój w ryzach. Nie idealnie. Nie bez kryzysów. Ale utrzymywał.Czy wymaga zmian? Tak. Punktowych, precyzyjnych, opartych na diagnozie, nie na politycznym interesie jednej strony. Rozdział europejski. Ochrona Trybunału. Niezależność prokuratury. Reforma skargi konstytucyjnej. Jasne kompetencje w polityce zagranicznej.Czy wymaga „nowej generacji”? To zależy od tego, co kryje się za tym hasłem. Jeśli „nowa generacja” oznacza pięć powyższych reform, to tak, potrzebujemy ich. 42 procent Polaków mówi: „zmiany są potrzebne.” Ale połowa nie ufa, że ktokolwiek je przeprowadzi uczciwie. I to jest prawdziwy problem. Nie konstytucyjny, lecz polityczny. Bo najlepsza konstytucja na świecie nie pomoże, jeśli ludzie, którzy ją piszą, myślą o sobie, nie o państwie.Profesor Ryszard Piotrowski – członek Rady Nowej Konstytucji – powiedział to najlepiej: „To ludzie powinni się zmienić, zmienić swoje podejście do państwa i prawa.”I dopóki się nie zmienią żadna „nowa generacja” nie będzie lepsza od starej.

Podziel się w mediach społecznościowych

Czytaj również: