24 maja mieszkańcy Krakowa zdecydują, czy odwołać prezydenta Aleksandra Miszalskiego i Radę Miasta. To największe referendum lokalne w Polsce od lat i test, którego wynik zależy nie od tego, jak ludzie zagłosują, lecz od tego, czy w ogóle pójdą. Bo Miszalski gra o jedno: niską frekwencję. A jego przeciwnicy potrzebują 158 555 osób przy urnach. W mieście, które w wyborach zmobilizowało 264 tysiące osób.
W przyszłą niedzielę Kraków stanie przed pytaniem, które w polskiej demokracji lokalnej pada rzadko, ale gdy pada, elektryzuje cały kraj. Pytanie brzmi: „Czy jest Pan/Pani za odwołaniem Pana Aleksandra Jana Miszalskiego z funkcji Prezydenta Miasta Krakowa przed upływem kadencji?”
I drugie: „Czy jest Pan/Pani za odwołaniem Rady Miasta Krakowa przed upływem kadencji?”
Dwa pytania. Jedno głosowanie. I stawka, która wykracza daleko poza Kraków, bo to referendum jest testem nie tylko dla Miszalskiego, lecz dla całej Koalicji Obywatelskiej. Bo Kraków to nie jest małe miasteczko. To jest drugie co do wielkości miasto w Polsce, stolica Małopolski, kulturalna stolica kraju. I jeśli KO straci Kraków, straci coś więcej niż fotel prezydenta.
Od 5 434 głosów do 134 tysięcy podpisów
Żeby zrozumieć referendum, trzeba cofnąć się o dwa lata, do wyborów samorządowych z kwietnia 2024.
>> PRZECZYTAJ TAKŻE <<
Po dwudziestu dwóch latach prezydentury Jacka Majchrowskiego Kraków wybierał nowego włodarza. W drugiej turze zmierzyli się Aleksander Miszalski (Koalicja Obywatelska) i Łukasz Gibała (kandydat niezależny, były radny). Miszalski wygrał ale minimalnie: 133 703 do 128 269 głosów. Różnica: 5 434 głosy. Niecałe dwa procent.
Kampania była – jak pisali komentatorzy – „najbrudniejsza w historii Krakowa.” Manipulacje, oszczerstwa, ataki personalne. Gibała – faworyt sondaży przedwyborczych – przegrał w atmosferze, którą jego zwolennicy do dziś uważają za niesprawiedliwą. Wielu z nich nigdy nie zaakceptowało wyniku.
I gdy Miszalski objął urząd zaczęło się. Seria decyzji, które elektryzowały opinię publiczną. Nie pojedynczo, ale w kumulacji, która stworzyła falę niezadowolenia.
Siedem grzechów Miszalskiego
Zarzut pierwszy: Strefa Czystego Transportu (SCT). Wprowadzona w sposób, który krytycy nazywają „chaotycznym i nieprzygotowanym.” SCT zakazuje wjazdu do centrum najstarszym samochodom, ale zasady były zmieniane wielokrotnie, komunikacja z mieszkańcami była słaba, a termin wejścia w życie przesuwany. Dla wielu krakowian, szczególnie tych z mniejszymi dochodami, jeżdżących starszymi autami SCT stała się symbolem „oderwania władzy od ludzi.”
Zarzut drugi: podwyżki cen biletów komunikacji miejskiej. W mieście, które chwali się „transportem publicznym jako alternatywą dla samochodu” bilety podrożały. Dla mieszkańców, którzy rezygnowali z auta na rzecz tramwaju to był policzek.
Zarzut trzeci: płatne parkowanie w niedziele i wydłużenie godzin płatnego parkowania. Kraków rozszerzył strefę i czas płatnego parkowania, w tym na niedziele. Dla handlowców na Starym Mieście i Kazimierzu katastrofa: klienci przestali przyjeżdżać, bo „nawet w niedzielę trzeba płacić za parking.”
Zarzut czwarty: zadłużenie miasta. Krytycy wskazują na rosnący dług Krakowa, choć Miszalski odpiera, że zadłużenie jest „pod kontrolą” i służy inwestycjom. Spór o liczby, ale percepcja „miasto się zadłuża” jest silna.
Zarzut piąty: kolesiostwo. Dr Karol Wałachowski, politolog powiedział wprost: „Poziom kolesiostwa po zaledwie roku rządów Miszalskiego jest wyższy niż po dwudziestu dwóch latach prezydentury Majchrowskiego.” Nagrody kwartalne dla zastępców prezydenta – łącznie 74 tysiące złotych – stały się symbolem „nagradzania swoich.” Planowane wydatki na promocję „dokonań prezydenta”, opisane przez dziennikarza Interii Dawida Serafina dolały oliwy do ognia.
Zarzut szósty: taniec na dachu magistratu. Nagranie, na którym Miszalski tańczy na dachu urzędu miasta do piosenki zawierającej wulgaryzmy, obiegło internet. Dla jednych – „prezydent jest człowiekiem, ma prawo się bawić.” Dla innych – „sprawowanie urzędu w sposób niegodny.” W mieście królów i tradycji drugie odczucie okazało się silniejsze.
Zarzut siódmy: niespełnione obietnice. Krytycy wyliczają obietnice wyborcze, z których – ich zdaniem – Miszalski się nie wywiązał. Prezydent odpowiada, że „potrzebuje czasu”, ale czas, jak widać, się skończył.
Co mówi Miszalski: „dogrywka wyborów”
Prezydent Krakowa ma swoją narrację i warto ją przedstawić uczciwie.
Miszalski twierdzi, że referendum jest „formą dogrywki wyborów samorządowych”, próbą rewanżu ze strony tych, którzy przegrali w 2024 roku. Wskazuje, że w zbieranie podpisów „włączyli się politycy opozycji, w tym przedstawiciele PiS i Konfederacji”, co jego zdaniem dowodzi politycznego, nie obywatelskiego charakteru inicjatywy.
Podkreśla swoje osiągnięcia: „inwestycje w transport, szkoły, bezpieczeństwo, przestrzeń publiczną.” Mówi, że „to proces, który wymaga czasu i konsekwencji.” Apeluje o „stabilność i odpowiedzialność.”
I – kluczowe – apeluje do swoich zwolenników: „Zostańcie w domu.” „Naszym zwycięstwem będzie niska frekwencja.”
To jest strategia, którą znamy z polskiej polityki lokalnej i która często działa. Bo przepisy są jasne: referendum jest ważne tylko wtedy, gdy frekwencja osiągnie 3/5 liczby osób, które głosowały w wyborach, w których Miszalski został wybrany. A w drugiej turze w 2024 roku głosowało 264 258 osób. 3/5 z tego to 158 555.
Sto pięćdziesiąt osiem tysięcy pięćset pięćdziesiąt pięć osób musi przyjść na referendum, żeby było ważne. Jeśli przyjdzie 158 554 referendum jest nieważne. I Miszalski zostaje.
Dla odwołania Rady Miasta próg jest wyższy: 179 792 (3/5 z 299 653 głosujących w wyborach do rady).
Sopot vs. Kraków: dwa modele obrony
W 2015 roku prezydent Sopotu Jacek Karnowski stanął przed identyczną sytuacją – referendum odwoławczym. Ale wybrał odwrotną strategię: sam zachęcał do głosowania. Sam zbierał podpisy. Stanął z „otwartą przyłbicą” i powiedział: „Głosujcie a ja was przekonam, żeby głosować na mnie.”
**//** „Naszym zwycięstwem będzie niska frekwencja w referendum.” – Aleksander Miszalski, prezydent Krakowa
Efekt: frekwencja 40 procent, referendum ważne. Za pozostawieniem Karnowskiego: ponad 8 tysięcy. Przeciw: niecałe 5 tysięcy. Karnowski wygrał i wyszedł z referendum silniejszy niż przed nim.
Miszalski wybrał odwrotnie: zniechęcanie. „Kraków to nie Sopot” – mówi jego otoczenie. „Karnowski wygrywał w pierwszej turze, nie miał silnego rywala. Miszalski wygrał o 5 434 głosy w atmosferze wojny. Gdyby zachęcał do głosowania nie jest pewny, że zmobilizuje wystarczająco dużo zwolenników.”
To jest racjonalna kalkulacja, ale ryzykowna reputacyjnie. Bo prezydent, który mówi „nie chodźcie głosować” mówi jednocześnie: „boję się waszego głosu.” I wielu krakowian – niezależnie od sympatii – odczytuje to właśnie tak.
55 procent ocen negatywnych. Sondaż, który nie kłamie
Najnowszy sondaż, przeprowadzony w maju 2026 daje obraz, którego Miszalski „wolałby raczej nie oglądać,” jak pisze portal Burbonik.
55,47 procent respondentów ocenia działalność Miszalskiego negatywnie. Z tej grupy 32,82 procent wystawia ocenę „bardzo źle,” a 22,65 procent „raczej źle.” Ponad połowa badanych wprost wyraża rozczarowanie.
Pozytywnie o pracy prezydenta wypowiada się zaledwie 20,45 procent, w tym 6,76 „bardzo dobrze” i 13,69 „raczej dobrze.”
To są dane, które mówią jasno: gdyby frekwencja nie była barierą Miszalski by odszedł. Ale frekwencja jest barierą. I na to liczy prezydent.
Strategia trzech filarów
Otoczenie Miszalskiego – według analizy Interii – przygotowało strategię opartą na trzech filarach.
Filar pierwszy: niska frekwencja. Zniechęcanie zwolenników do głosowania. Przekaz: „Nie idźcie na referendum, bo wasze 'nie’ dla odwołania jest mniej skuteczne niż wasze zostanie w domu.”
Filar drugi: ocieplanie wizerunku. Miszalski „łagodzi stanowisko”. Wycofał się z części kontrowersyjnych decyzji. Przywrócił bezpłatne parkowanie w niedziele. Zaproponował niższą podwyżkę biletów niż pierwotnie planowana. Skorygował zasady SCT. Próbuje usunąć punkty zapalne.
**//** Referendum w Krakowie: 24 maja 2026 roku. Dwa pytania – odwołanie prezydenta Miszalskiego i odwołanie Rady Miasta. Próg frekwencji: 158 555 (prezydent), 179 792 (Rada). 134 000 podpisów pod wnioskiem – zebrane w 43 dni. Miszalski wygrał wybory w 2024 różnicą 5 434 głosów. Sondaż: 55% ocen negatywnych, 20% pozytywnych. Strategia prezydenta: „Naszym zwycięstwem będzie niska frekwencja.” Strategia krytyków: zmobilizować 160 000 ludzi w sobotę. Zarzuty: SCT, bilety, parkowanie, kolesiostwo, zadłużenie. Obrona: „inwestycje, stabilność, dogrywka wyborów.” Kraków zdecyduje w sobotę. A Polska będzie patrzeć.
Filar trzeci: spotkania z młodymi. „Ławki dialogu” w szkołach. Prezydent spotyka się z uczniami, słucha, rozmawia. Cel: pokazać, że „jest blisko ludzi.” I jednocześnie przekonać młodych, żeby nie szli na referendum (bo młodzi tradycyjnie mają niską frekwencję i każdy młody, który zostanie w domu, to jeden głos mniej dla przeciwników).
Co się stanie, jeśli referendum będzie ważne i „za”
Jeśli frekwencja przekroczy 158 555 i większość zagłosuje za odwołaniem, to mandat Miszalskiego wygasa następnego dnia. Premier wskazuje komisarza, który zarządza Krakowem do nowych wyborów. Nowe wybory – według wstępnych scenariuszy – na przełomie lipca i sierpnia. Ewentualna druga tura w połowie sierpnia.
To oznacza: cztery miesiące bez wybranego prezydenta. Komisarz – urzędnik, nie polityk – zarządzający drugim miastem w Polsce. Inwestycje wstrzymane lub spowolnione. Urzędnicy w niepewności. Firmy czekające na decyzje, czekające dłużej.
Miszalski podnosi ten argument: „Kraków zasługuje na stabilność.” I ma rację. Niestabilność kosztuje. Ale krytycy odpowiadają: „Stabilność z prezydentem, któremu 55 procent wystawia ocenę negatywną to nie jest stabilność. To jest stagnacja.”
Wymiar ogólnopolski. Test dla KO
Referendum w Krakowie jest obserwowane z Warszawy z napięciem, bo jego wynik będzie miał konsekwencje daleko wykraczające poza granice miasta.
Kraków był jednym z symboli zwycięstwa KO w wyborach samorządowych 2024. Przejęcie miasta po dwudziestu dwóch latach Majchrowskiego (formalnie bezpartyjnego, ale bliskiego PO) było traktowane jako „konsolidacja władzy.” Utrata Krakowa, niecałe dwa lata później byłaby ciosem wizerunkowym porównywalnym z przegraną w wyborach.
Dr Karol Wałachowski mówi wprost: „Odwołanie prezydenta Krakowa może przerodzić się w referendum przeciwko rządowi.” I ma rację, bo w polskiej polityce lokalnej nic nie jest lokalne. Każde referendum, każde wybory, każda decyzja jest interpretowana przez pryzmat wielkiej polityki. Kraków, jeśli odwoła Miszalskiego da opozycji argument: „Nawet w Krakowie ludzie mają dość KO.”
Ten artykuł nie mówi „głosuj za” ani „głosuj przeciw.” Nie mówi też „idź” ani „zostań w domu.” To jest decyzja każdego krakowianina i tylko jego.
Ale mówi: bądź świadomy tego, co głosujesz.
Fakt pierwszy: referendum dotyczy dwóch spraw jednocześnie – odwołania prezydenta i odwołania Rady Miasta. Możesz głosować „za” na jedno i „przeciw” na drugie. To są dwa osobne pytania na jednej karcie.
Fakt drugi: aby referendum było ważne, musi przyjść 158 555 osób (w sprawie prezydenta) lub 179 792 (w sprawie Rady). Jeśli nie przyjdzie tyle, to referendum jest nieważne niezależnie od wyniku.
Fakt trzeci: jeśli referendum jest ważne, to wynik jest rozstrzygający, gdy za jednym z rozwiązań oddano więcej niż połowę głosów ważnych. Czyli: jeśli przyjdzie 160 tysięcy i 80 001 zagłosuje „za odwołaniem” – Miszalski odchodzi. Jeśli 80 001 zagłosuje „przeciw” – zostaje.
Fakt czwarty: „Zostanie w domu” nie jest głosem „za” ani „przeciw.” Jest głosem „za status quo”, bo niska frekwencja oznacza nieważność referendum i utrzymanie obecnej władzy. Jeśli chcesz, żeby Miszalski został Twoje „zostanie w domu” ma ten sam efekt co głos „przeciw odwołaniu.” Ale nie jest tym samym, bo nie jest wyrażeniem woli. Jest jej brakiem.
Fakt piąty: to jest Twoje miasto. Nie PiS-u, nie KO, nie Konfederacji. Twoje. I decyzja o tym, kto nim zarządza powinna być Twoja. Nie partii. Nie mediów. Idź albo zostań. Ale zdecyduj świadomie.

