Kiedy myślimy o surowym, morskim klimacie i romantycznej samotności, przed oczami staje nam majestatyczna wieża wskazująca żeglarzom bezpieczną drogę do domu. Latarnia morska na przylądku Rozewie to jednak znacznie więcej niż tylko potężna dawka zachwytów dla poszukiwaczy turystycznych pocztówek; to absolutnie najstarszy czynny tego typu obiekt na polskim wybrzeżu, działający nieprzerwanie od 1822 roku. Za jej grubymi, murowanymi ścianami kryją się nie tylko niesamowite historie o dzielnych latarnikach i mrocznych klątwach z czasów potopu szwedzkiego, ale również jedno z najbardziej udanych literackich kłamstw w historii polskiej kultury. Pora oddzielić nadmorskie legendy od twardych faktów i poznać fascynujące losy budowli, która przez dekady musiała toczyć nierówną walkę z… rosnącymi wokół niej drzewami.
Historia wskazywania drogi żeglarzom na Rozewiu sięga znacznie głębiej niż dziewiętnastowieczne mury obecnej latarni. Lokalne, kaszubskie legendy głoszą, że już w XVII wieku u wybrzeży przylądka roztrzaskał się w potężnym sztormie szwedzki statek. Z całej załogi ocalała ponoć jedynie córka kapitana, cudem uratowana przez miejscowego rybaka. Zrozpaczona kobieta, nie chcąc, by jakikolwiek inny marynarz podzielił tragiczny los jej ojca, postanowiła co noc rozpalać na klifie wielkie ognisko. Dziś to oczywiście tylko romantyczna baśń, ale twarde historyczne fakty potwierdzają, że ogniowe sygnały nawigacyjne faktycznie nadawano w tym niebezpiecznym miejscu już w XVI wieku. Właściwa, murowana latarnia zapłonęła na Rozewiu dopiero w połowie listopada 1822 roku. Co ciekawe, w latach 1875-1910 zaledwie kilkadziesiąt metrów obok niej działała druga, nowa latarnia, by ówcześni żeglarze na pewno nie mylili tego kluczowego przylądka z podobnymi sygnałami płynącymi z sąsiednich miejscowości. Zrewitalizowany budynek „bliźniaczki” stoi tam do dziś!
Nierówny i zaskakujący wyścig wysokościowy z rozrastającymi się, bukowymi lasami
Kiedy spoglądamy na dzisiejszą wieżę, od razu rzuca się w oczy jej nietypowa, zróżnicowana budowa: dolna, pękata część jest całkowicie murowana i pomalowana na biało, podczas gdy górne, węższe segmenty wykonano ze stali i polakierowano na czerwono. Ten architektoniczny miszmasz nie był oryginalnym zamysłem projektantów, lecz wynikiem przymusowej, dramatycznej walki z siłami natury. Pierwotnie rozewska latarnia mierzyła zaledwie nieco ponad 21 metrów. Z biegiem lat posadzony wokół niej bukowy las zaczął jednak rosnąć w tak zawrotnym tempie, że potężne korony drzew całkowicie zasłoniły cenne światło rzucane w stronę wzburzonego Bałtyku! Aby uratować nawigacyjną funkcję obiektu, inżynierowie nie mieli wyjścia – w 1910 roku wieżę podwyższono o kilkumetrową, stożkową część. Kiedy i to ostatecznie przestało wystarczać, w 1978 roku dokonano kolejnej, potężnej przebudowy, wstawiając w sam środek wielki metalowy walec. Dziś obiekt wznosi się na blisko 33 metry, a jego nowoczesne, obrotowe światło ma imponujący zasięg aż 26 mil morskich.
Genialny chwyt marketingowy z dwudziestolecia i obalony mit o słynnym pisarzu
Większość turystów przekraczających z zachwytem próg tej budowli jest święcie przekonana, że znajduje się w miejscu, w którym wybitny pisarz Stefan Żeromski stworzył w samotności swoją słynną powieść „Wiatr od morza”. U wejścia wita ich przecież wielkie popiersie literata, a w środku dumnie urządzono „pokój pisarza”. Prawda jest jednak dla wielu romantyków niezwykle brutalna: wybitny literat co prawda złożył kiedyś na Rozewiu krótką wizytę, ale swoją wielką książkę napisał w wygodnym, domowym zaciszu w Warszawie oraz pobliskiej Gdyni, ani razu nie doświadczając w latarni nocnych, twórczych uniesień.
Kto zatem stoi za tą żywą do dziś, piękną mistyfikacją? Okazuje się, że to dzieło, które wykreował ówczesny polski latarnik Leon Wzorek. Zatrudniony w 1920 roku pasjonat rozpoczął rozewską rodzinną dynastię i, współpracując bardzo sprytnie z lokalną prasą, celowo rozdmuchał piękną legendę o słynnym prozaiku, by po prostu ściągnąć na mało wówczas znany przylądek tłumy bogatych turystów.
Bohaterstwo w cieniu tragicznej wojny i upadający w końcu mit o najdalszej północy
O ile obecność słynnego autora okazała się świetnym, przedwojennym PR-em, o tyle bohaterstwo zatrudnionych tam ludzi było już sprawą absolutnie śmiertelnie poważną. Bohaterski latarnik Leon Wzorek pozostał na swoim posterunku aż do tragicznego września 1939 roku, kiedy to padł ofiarą brutalnych, hitlerowskich represji za swój bezwzględny patriotyzm. Niemcy zamordowali go w masowych, krwawych egzekucjach w Lasach Piaśnickich. Po wojnie służbę na zrujnowanym klifie bohatersko przejął jego brat Władysław, a w późniejszych dekadach do 1980 roku tradycję dumnie kontynuował bratanek Zbigniew. Będąc na miejscu, warto obalić jeszcze jeden stary, szkolny mit. Przez całe dziesięciolecia bezkrytycznie uczono nas na lekcjach geografii, że to właśnie przylądek Rozewie jest najdalej na północ wysuniętym punktem Polski. Bardzo precyzyjne i nowoczesne pomiary wykonane w 2001 roku bezlitośnie pozbawiły ten klif dumnego tytułu, przenosząc „Gwiazdę Północy” do pobliskiej, plażowej Jastrzębiej Góry. Mimo uciekających legend, słynna latarnia wciąż bije żywym blaskiem jako niezaprzeczalne serce wybrzeża.

