W gminie pod Siedlcami od czterdziestu lat działa zakład, bez którego okoliczni rolnicy nie mieliby co zrobić z padłymi zwierzętami. Od kilku miesięcy trwa spór o to, czy powinien działać dalej. Problem w tym, że kluczowego dowodu w tej sprawie – pomiaru uciążliwości zapachowej – polskie prawo w ogóle nie przewiduje.
13 sierpnia o 16.24 na facebookowej grupie „Skórzec Info – nowe forum Gminy Skórzec” pojawił się wpis zatytułowany wersalikami: „13.08.2026 r godzina 12.00 Skórzec, ul. Armii krajowej, ZBIORNICA GOTUJE!!!”. Autor podpisał się jako Zygmunt Niezależny. Pod wpisem zebrało się osiemdziesiąt siedem komentarzy. Część pochodziła od osób występujących pod własnym imieniem i nazwiskiem, ze zdjęciem twarzy. Część od kont o nazwach w rodzaju OptimisticStrawberry3826, TaupeWallaby204 czy ZanyDragon7976, z awatarami przedstawiającymi truskawkę w okularach przeciwsłonecznych i kreskówkowego smoka.
To drobiazg, ale mówi coś o naturze tego sporu. Bo spór o Zbiornicę Skórzec toczy się dziś w trzech miejscach naraz – w urzędzie gminy, gdzie trwają prace nad planem ogólnym, w protokołach inspektorów, którzy sprawdzają dokumentację zakładu, i w komentarzach pod postami. Tylko w jednym z tych miejsc obowiązują reguły dowodowe.
Czterdzieści lat i sto pięćdziesiąt etatów
Zbiornica Skórzec działa przy ulicy Armii Krajowej 45, kilkaset metrów od zabudowań. Firma podaje, że jest na rynku od ponad trzydziestu pięciu lat, że zatrudnia około stu pięćdziesięciu osób i że obsługuje trzy województwa: mazowieckie, lubelskie i podlaskie. Odbiera produkty uboczne pochodzenia zwierzęcego wszystkich trzech kategorii, od materiału najwyższego ryzyka po odpady gastronomiczne. Kapitał jest w stu procentach polski, firma ma charakter rodzinny.
Lista podmiotów, które korzystają z jej usług, jest dłuższa, niż podpowiada intuicja. Rolnicy i hodowcy – to oczywiste. Ale także ubojnie, sklepy spożywcze, hurtownie, gabinety weterynaryjne, szpitale, restauracje, firmy cateringowe, urzędy gmin oraz szkoły, przedszkola i żłobki. Każda stołówka, w której zostaje niewykorzystane mięso, i każda lecznica, w której umiera pies, jest ogniwem tego samego łańcucha. Prezes zakładu Marcin Cabaj podaje, że dziennie może poddać sterylizacji średnio pięćdziesiąt do sześćdziesięciu ton materiału.
Warto w tym miejscu powiedzieć rzecz, która w gorącej dyskusji ginie: rolnik nie ma wyboru. Padłego zwierzęcia nie wolno zakopać ani spalić na własną rękę. To nie jest kwestia dobrej woli ani ekologicznej wrażliwości, to obowiązek prawny, obwarowany sankcjami finansowymi i utratą dopłat. Zwierzę, które padło w gospodarstwie, musi trafić do uprawnionego podmiotu. Jeśli takiego podmiotu w promieniu rozsądnej odległości nie ma, problem nie znika. Zmienia tylko formę.
Dr Adam Kagan z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej w rozmowie ze „Strefą Biznesu” ujął to bez owijania w bawełnę: niekontrolowane pozbywanie się takich produktów niesie zagrożenie epidemiologiczne dla zwierząt gospodarskich, dla zwierzyny dzikiej, pośrednio także dla ludzi. Bez możliwości utylizacji nowoczesne rolnictwo po prostu nie mogłoby funkcjonować.
Prowadzenie zakładu utylizacyjnego zgodnie ze standardami nie jest przywilejem branży ani jej kaprysem. Jest warunkiem, bez którego cały system bezpieczeństwa żywnościowego przestaje się domykać a rachunek za to płacą najpierw hodowcy, potem wszyscy pozostali.
Monika Przeworska, dyrektor Instytutu Gospodarki Rolnej, mówiła „Do Rzeczy” o zakładach tego typu w kategoriach bezpieczeństwa państwa, wskazując na ograniczanie ryzyka rozprzestrzeniania się ASF i ptasiej grypy. To nie jest język na wyrost. Afrykański pomór świń dotarł do Polski w 2014 roku i od tamtej pory sprawność systemu odbioru padliny bywała czynnikiem decydującym o tym, czy ognisko udało się wygasić, czy rozlało się na kolejne powiaty.
Co się zmieniło
Przez dekady zakład w Skórcu nie budził większych emocji. Sytuacja skomplikowała się wtedy, gdy firma przed dwoma laty uruchomiła u siebie własny proces sterylizacji, czyli przestała być wyłącznie punktem przeładunkowym, a stała się miejscem, w którym materiał jest przetwarzany. Technicznie polega to na poddaniu surowca działaniu temperatury 130 stopni Celsjusza pod ciśnieniem trzech barów przez pół godziny. Biologicznie proces jest bezpieczny. To właśnie on eliminuje patogeny. Zapachowo nie jest obojętny.
I tutaj trzeba powiedzieć rzecz uczciwie, bo bez tego cała reszta artykułu byłaby propagandą: mieszkańcy Skórca skarżą się na smród. W maju pisali na forach, że nie mogą otworzyć okien ani wyjść na własne podwórko. W sierpniu to samo. Jedna z komentujących na forum gminy napisała krótko: „Wieczorami czuć od kilku dni”. Inna zwróciła uwagę, że problem nie kończy się na granicy jednej miejscowości – „smrod leci znacznie dalej niz Skórzec”. To są relacje ludzi, którzy tam mieszkają, i traktowanie ich jako zmyślonych byłoby zwyczajnie nieuczciwe. Można jedynie zadać pytanie, dlaczego dopiero teraz, po dwóch latach od rozpoczęcia sterylizacji, pojawiły się protesty?

Sam prezes zresztą tego uciążliwości nie neguje. W rozmowie ze „Strefą Biznesu” mówił, że firma nie lekceważy żadnych sygnałów dotyczących niedogodności, i przypominał, że pracownicy zakładu to sąsiedzi i znajomi, często całe rodziny związane z firmą od pokoleń. Zapowiedział też konkrety: wymianę złoża biofiltra, modernizację wentylacji zwiększającą podciśnienie w budynkach, kurtyny mgłowe, trwające prace nad filtrem świecowym z węglem aktywnym. Łączny koszt – blisko trzy miliony złotych. Firma zadeklarowała także, że do zakończenia prac nie uruchomi linii sterylizacji, mimo strat finansowych i konsekwencji dla całego systemu odbioru w regionie.
Zakład działa legalnie. Instalacja przetwarza teraz do 10 ton odpadów dziennie, zgodnie z przyjętymi w Polsce przepisami. Chodzi przede wszystkim konieczność przeprowadzenia prób pod kątem badań nad procesem. Jednocześnie stara się o wymagane pozwolenie zintegrowane na rozszerzenie działalności. Działania zmierzające do uzyskania dokumentu podjęto już pod koniec 2025 roku, ale jest to proces wieloetapowy, wymagający specjalistycznych analiz i szeregu pozwoleń sektorowych. A czas goni. Rynek – mówiąc kolokwialnie – “się zapchał”. Na rynku jest za mało firm, które świadczą tego typu usługi.
Dziura w prawie, w której mieści się cały konflikt
A teraz sedno, o którym w tej dyskusji prawie nikt nie mówi, a które tłumaczy niemal wszystko. W Polsce nie obowiązuje ustawa odorowa. Nie ma norm określających dopuszczalne stężenie substancji zapachowych w powietrzu. Nie ma rozporządzenia, do którego inspektor mógłby zajrzeć, pojechać na miejsce, wykonać pomiar i stwierdzić: przekroczono albo nie przekroczono. Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska we Wrocławiu formułował to wprost – wobec braku regulacji nie ma możliwości dokonania pomiaru uciążliwości w odniesieniu do przekroczenia norm. W przeciwieństwie do hałasu, pyłów czy tlenków azotu, odór pozostaje w polskim porządku prawnym zjawiskiem nienazwanym.
Prace nad przepisami trwają od kilkunastu lat i regularnie utykają. Projekt z 2019 roku upadł pod naciskiem środowisk hodowlanych. Wersja z 2021 roku, przewidująca minimalną odległość pięciuset metrów dla dużych ferm, trafiła do uzgodnień międzyresortowych i tam ugrzęzła. Ministerstwo Klimatu i Środowiska zapowiadało ekspertyzę określającą poziomy stężenia zapachowego dla wybranych gałęzi przemysłu. Kolejne rządy – jak trafnie ujął to portal Prawo.pl – biorą się do tej ustawy jak do zepsutego jajka.
Skala problemu jest tymczasem ogromna. Z analizy skarg kierowanych do Inspekcji Ochrony Środowiska wynikało, że spośród ponad trzech tysięcy skarg dotyczących zanieczyszczenia powietrza w jednym roku niemal cztery piąte dotyczyło właśnie uciążliwości zapachowej.
Konsekwencja jest taka, że spór o zapach w Skórcu nie ma i nie może mieć rozstrzygnięcia opartego na liczbach. Nie istnieje badanie, które zakład mógłby przedstawić i powiedzieć: proszę, mieścimy się w normie. Nie istnieje też badanie, którym mieszkańcy mogliby udowodnić, że normy przekroczono. Zostaje relacja, wrażenie i odczucie – z natury subiektywne, zmienne zależnie od kierunku wiatru, wilgotności, pory dnia i indywidualnej wrażliwości. A tam, gdzie nie ma miary, o wyniku decyduje ten, kto głośniej mówi i szybciej się mobilizuje.
Zauważyła to zresztą jedna z komentujących na gminnym forum, pisząc, że Zbiornica bywa wskazywana jako przyczyna „trochę z automatu”, a bez konkretnych ustaleń trudno traktować takie przypuszczenie jak pewnik. Inna dodała, że czytając komentarze, można odnieść wrażenie, jakby każdy zapach w okolicy pochodził z jednego miejsca, choć rzeczywistość zwykle nie jest tak prosta. W gminie o powierzchni stu dziewiętnastu kilometrów kwadratowych, z rozwiniętą hodowlą, działa więcej źródeł emisji niż jedno.
Gdzie naprawdę zapadnie decyzja
Prawdziwym polem gry nie są komentarze, tylko plan ogólny gminy. To dokument, który – zgodnie z reformą planowania przestrzennego – wszystkie samorządy musiały opracować, i który przesądza o przeznaczeniu każdego hektara. Rada Gminy Skórzec przystąpiła do jego sporządzania uchwałą z listopada 2023 roku, konsultacje społeczne ruszyły w grudniu 2025 roku.
Mieszkańcy złożyli trzydzieści trzy uwagi, pod którymi podpisało się ponad dwieście osób. Sprzeciw dotyczy dwóch rzeczy: powiększenia terenu zakładu o dwa i pół hektara oraz planowanej biogazowni. Argumenty nie ograniczają się do zapachu. Grzegorz Sitarz, rolnik z Boroszkowa, wskazywał w rozmowie z Radiem dla Ciebie na ryzyko przenoszenia nieczystości i na to, że droga gminna przebiegałaby wówczas przez środek zakładu, co uznał za poważne zagrożenie dla gospodarstw utrzymujących zwierzęta. To argument merytoryczny, wart potraktowania serio niezależnie od tego, po której stronie się stoi.
Krytycznie o rozbudowie wypowiadał się także Paweł Cabaj z Dąbrówki-Ług, działacz Konfederacji – Nowej Nadziei, wskazując na letnią uciążliwość odoru.
Wójt Jerzy Długosz zapowiedział, że samorząd rozpatrzy wszystkie wnioski – zarówno mieszkańców, jak i inwestora. Sformułował przy tym zdanie, które streszcza cały dylemat: firma działa tam od dekad, a zakłady zbierające odpady gdzieś muszą być zlokalizowane, choć lokalizacja niemal zawsze budzi kontrowersje. Wcześniej informował, że właściciel przedstawił radzie gminy program minimalizowania uciążliwości i że problem ma zostać zniwelowany w ciągu kolejnych miesięcy, zastrzegając, że nie jest to proces jednodniowy.
Woroniec, czyli cudze podwórko
W dyskusji o przyszłości skórzeckiego zakładu pojawia się argument, który zasługuje na osobne potraktowanie, bo jest najsłabszym punktem całej kampanii przeciwko Zbiornicy. Brzmi on mniej więcej tak: skoro materiał trzeba gdzieś wozić, to niech jedzie do Worońca. Miejscowość leży w gminie Biała Podlaska, w województwie lubelskim, a więc w zasięgu tej samej wschodniej Polski, którą obsługuje Skórzec. Działa tam zakład przetwarzania odpadów zwierzęcych prowadzony przez spółkę TOP-PRO.
Kłopot w tym, że Woroniec nie jest żadnym wzorcowym rozwiązaniem, tylko dokładnie tym samym problemem, tyle że przeżytym o dwa lata wcześniej. Mieszkańcy sołectw Woroniec i Sycyna przez wiele miesięcy skarżyli się na odór, i to na odór z dwóch źródeł naraz, bo w sąsiedztwie zakładu funkcjonuje również gminna oczyszczalnia ścieków. Sołtys Sycyny Grzegorz Sacharuk mówił lokalnym mediom, że w decyzji środowiskowej zapisano, iż oddziaływanie oczyszczalni nie wyjdzie poza jej teren, a w praktyce wychodzi. O zmianę sytuacji mieszkańcy zabiegali, jak relacjonowało „Słowo Podlasia”, przez rok bezskutecznie. W komentarzach pod tamtejszymi artykułami padały słowa o „trucicielach” i pytania, kto właściwie wydał zgodę na taką lokalizację. Ktokolwiek śledził ostatnie miesiące w Skórcu, rozpozna każde zdanie.
Co ciekawe i co w tej historii najważniejsze – w Worońcu poszło to inną drogą. We wrześniu 2024 roku doszło do spotkania bezpośrednio na terenie obiektów będących źródłem uciążliwości. Uczestniczyli w nim wójt gminy Biała Podlaska Konrad Gąsiorowski, radni, sołtysi obu wsi oraz prezes TOP-PRO Piotr Jabłoński. Prezes poinformował o zatrudnieniu nowego technologa produkcji i wdrażaniu rozwiązań mających ograniczyć emisję zapachów. Nie było to rozwiązanie natychmiastowe ani pełne — sceptycyzm mieszkańców utrzymywał się jeszcze długo, a starosta niezależnie naciskał na hermetyzację oczyszczalni. Ale kierunek był jeden: usiąść przy stole, ustalić, co konkretnie i w jakim terminie ma się zmienić, i rozliczać z tego zakład.
Zestawienie tych dwóch historii prowadzi do wniosku, który powinien być oczywisty, a jakoś nie jest. Uciążliwość zapachowa nie jest patologią konkretnej firmy ze Skórca ani dowodem czyjejś złej woli. Jest cechą konstrukcyjną całej branży – w Worońcu, w Grochowie, w Borzęcie pod Myślenicami, gdzie w lipcu tego roku mieszkańcy domagali się od prezesa tamtejszego zakładu utylizacji hermetycznej hali, a nawet na warszawskich Bielanach, skąd od czerwca wpłynęło ponad półtora tysiąca zgłoszeń dotyczących odoru. Wszędzie tam ten sam schemat: instalacja, która komuś przeszkadza, i której nikt nie chce u siebie, choć wszyscy korzystają z tego, że gdzieś jest.
Wskazywanie sąsiedniej gminy jako miejsca, do którego problem „powinien” trafić, nie jest więc programem naprawczym. Jest raczej przyznaniem, że problem uznaje się za realny pod warunkiem, że realizuje się poza zasięgiem własnego węchu. To jest podręcznikowy NIMBY – not in my back yard – i warto nazwać go po imieniu. Sam mechanizm nie jest niczym haniebnym; ludzie mają prawo bronić jakości życia we własnej okolicy i nikt nie ma obowiązku poświęcać się dla dobra wspólnego bardziej niż sąsiad. Ale postulat „zamknąć u nas, przenieść tam” ma jedną poważną wadę: nie jest rozwiązaniem, tylko przeniesieniem kosztu na ludzi, którzy nie brali udziału w dyskusji. Mieszkańcy Worońca nie zostali zapytani o zdanie w sprawie Skórca – tak samo jak mieszkańcy Skórca nie byli pytani o zdanie, gdy Woroniec zmagał się ze swoim odorem. Różnica polega na tym, że Woroniec swojego zakładu nie próbował zlikwidować. Próbował go zmusić do lepszej pracy i tę drogę, z całą jej mozolnością i niepełnymi efektami, można w Skórcu powtórzyć.
Warstwa, o której mówi się półgębkiem
W tle całej sprawy jest jeszcze wymiar ekonomiczny – i co ciekawe, jako pierwsi podnieśli go sami przeciwnicy zakładu. W uwagach do planu ogólnego mieszkańcy wskazywali wprost na obawę o utratę wartości swoich działek. To zrozumiałe i całkowicie legalne: nikt nie chce, żeby jego nieruchomość traciła na wartości przez sąsiedztwo.
Rzecz w tym, że ta zależność działa w obie strony. Wartość gruntów w gminie graniczącej z Siedlcami jest funkcją tego, co w tej gminie stoi. Zakład utylizacyjny obniża ceny sąsiednich działek a jego zniknięcie te ceny podnosi. To arytmetyka, nie oskarżenie. Wynika z niej natomiast coś innego i ważniejszego: w sporach o uciążliwe, ale niezbędne instalacje interes majątkowy i troska o zdrowie bywają nierozróżnialne z zewnątrz. To właśnie brak obiektywnej miary uniemożliwia ich rozdzielenie. Gdyby istniała ustawa odorowa, pytanie o motywy byłoby bez znaczenia, bo liczyłby się wynik pomiaru.
W tej próżni rośnie za to coś innego. Ton dyskusji na gminnych forach stwardniał. Jeden z komentujących wezwał do zgłaszania sprawy prokuratorowi, pisząc o „truciu ludzi” i o wnukach trutych „z premedytacją”. Inny użytkownik, występujący pod pseudonimem, oskarżył firmę o gotowanie „bez pozwoleń, bez konsekwencji” i nazwał materiały zakładu „wymyśloną rzeczywistością”. Padają też oskarżenia w drugą stronę – o opłacanie komentarzy.
Pojawiły się jednak i głosy przeciwne, warte odnotowania, bo pokazują, że lokalna społeczność nie jest monolitem. Justyna Wesołowska zwróciła uwagę na profile „o tak egzotycznych nazwach” i zapytała, czy w gminie zabrakło realnych mieszkańców z prawdziwymi nazwiskami. W drugim wpisie napisała rzecz, którą warto zacytować w całości jako najbardziej trzeźwą wypowiedź w tej dyskusji: zakład wykonuje ciężką, ale potrzebną pracę, ktoś musi ją wykonywać, żeby żyło się w bezpiecznym i czystym środowisku — łatwo krytykować w internecie, ale gdyby takich w pełni legalnych firm zabrakło, „gdzie podziałyby się te wszystkie odpady?”. Oliwia Łęczycka zadała z kolei pytanie pozornie naiwne, a w istocie fundamentalne: w jakich godzinach zakład ma pracować, żeby nikomu nie wadziło?
Anonimowość w sieci sama w sobie niczego nie dowodzi – ludzie ukrywają się pod pseudonimami także dlatego, że boją się konfliktu z sąsiadem albo pracodawcą, i byłoby nadużyciem twierdzić, że każde konto z awatarem smoka jest fałszywe. Ale gdy pod jednym wpisem gromadzi się osiemdziesiąt siedem komentarzy, z których znaczna część pochodzi od kont nie do zidentyfikowania, trudno mówić o przejrzystej debacie obywatelskiej. Trudno też prowadzić rzeczową rozmowę z rozmówcą, który nie istnieje pod żadnym adresem.
Co się stanie, jeśli zakład zniknie
Załóżmy na moment, że przeciwnicy wygrywają w stu procentach: plan ogólny blokuje rozbudowę, kontrole przeciągają się latami, firma nie wytrzymuje finansowo i zamyka działalność. Co dokładnie się wtedy dzieje?
Sto pięćdziesiąt osób traci pracę. To najbardziej oczywiste, ale nie najważniejsze. Ważniejsze jest to, że tysiące ton materiału rocznie muszą trafić gdzie indziej. Marcin Cabaj wskazywał, że oznaczałoby to transport do znacznie bardziej oddalonych instalacji: wyższe koszty dla rolników, więcej przejazdów pojazdów specjalistycznych, wyższą emisję CO₂ i – co najistotniejsze – większe ryzyko opóźnień w odbiorze materiału wymagającego szybkiego zagospodarowania ze względów sanitarnych. Już dziś, jak podaje firma, część klientów zmaga się z opóźnieniami, a koszty usług w regionie wzrosły.
Opóźnienie w odbiorze padliny latem nie jest kwestią komfortu. To gnijące zwierzę w gospodarstwie, przez dzień, dwa, trzy. To gryzonie, muchy, ptaki padlinożerne i wektor przenoszenia chorób między stadami. To także pokusa, żeby problem rozwiązać po cichu – zakopać, wywieźć do lasu, wrzucić do rowu. Zakaz obowiązuje, ale zakaz działa tylko wtedy, gdy istnieje legalna alternatywa dostępna od ręki. Odór zakładu jest odczuwalny i uciążliwy. Odór niekontrolowanej padliny jest odczuwalny, uciążliwy i groźny.
To nie jest argument za tym, żeby mieszkańcy Skórca mieli cierpieć w milczeniu. Jest argumentem za tym, żeby rozmowa toczyła się o technologii, harmonogramie inwestycji i egzekwowaniu pozwoleń a nie o tym, czy zakład ma prawo istnieć. Bo na to ostatnie pytanie odpowiedź padła już dawno, i nie padła w Skórcu, tylko w rozporządzeniu unijnym o produktach ubocznych pochodzenia zwierzęcego.
Ponad 300 ton materiału tygodniowo nie zniknie dlatego, że przestaniemy o nim rozmawiać. Zniknie tylko z pola widzenia, i to jest jedyny scenariusz, w którym naprawdę zaczyna śmierdzieć.

