„Nie trujemy ludzi”. Prezes Zbiornicy Skórzec: radni ulegli EMOCJOM, ale ja wciąż wierzę w porozumienie

Od miesięcy opisujemy spór o Zbiornicę Skórzec – zakład pod Siedlcami, który od czterech dekad odbiera i przetwarza padłe zwierzęta oraz odpady pochodzenia zwierzęcego z trzech województw. Mieszkańcy skarżą się na odór, radni uchwalili plan, który zamyka zakładowi drogę rozwoju. Tym razem zadaliśmy najtrudniejsze pytania samemu właścicielowi. Marcin Cabaj, prezes Zbiornicy, odpowiada wprost.

Przypomnijmy, jak do tego doszło. Zakład przy ul. Armii Krajowej w Skórcu przez dekady nie budził większych emocji. Sytuacja zmieniła się po uruchomieniu własnej sterylizacji – procesu, który niszczy patogeny, ale nie jest obojętny dla nosów sąsiadów. Od wiosny mieszkańcy pisali na lokalnych forach, że nie mogą otworzyć okien. Firma odpowiedziała inwestycjami za blisko 3 mln zł i zapowiedziała, że do ich zakończenia ograniczy działalność. Problem w tym, że w Polsce wciąż nie ma ustawy odorowej. Nie ma norm ani pomiaru, który rozstrzygnąłby, kto ma rację.

Spór przeniósł się więc tam, gdzie da się go wygrać – do planu ogólnego gminy. Pod koniec sierpnia, tuż przed ustawowym terminem, Rada Gminy Skórzec przyjęła plan, który przenosi działki sąsiadujące z zakładem ze strefy gospodarczej i strefy produkcji rolniczej do strefy otwartej. W praktyce blokuje to rozbudowę. Pisaliśmy też o tym, że podczas sierpniowej sesji rady nasz reporter został zaatakowany. Emocje w tej sprawie są ogromne – i dlatego tym bardziej warto usłyszeć drugą stronę.

Proste Rozmowy: Panie prezesie, dlaczego truje Pan mieszkańców Skórca i okolic?

Marcin Cabaj: Uważam, że pomagamy ludziom, a nie „trujemy społeczność lokalną”. Zawsze, wszyscy pracownicy i cała firma, dążymy do tego, by działać prosanitarnie i przeciwdziałać wszelkim problemom związanym z naszym zdrowiem. Dlatego ten zarzut jest po prostu nieprawdziwy.

Mówi Pan, że pomagacie. Tymczasem wystarczy wejść na fora internetowe, by przekonać się, że opinie są odmienne.

Co do opinii mieszkańców dotyczących planów ogólnych… cóż, są przykre. Jesteśmy tutaj już tak długo, że to nie powinno budzić wątpliwości. Niestety, z powodu pewnych populistycznych haseł dostaliśmy rykoszetem. Teraz musimy to nadrobić, by odwrócić tę narrację i zmienić sposób, w jaki jesteśmy postrzegani. Zakład działa od 40 lat. Mój tata i dziadek założyli go ze wskazania samorządu. To nie była nasza bezpośrednia inicjatywa, to samorząd wskazał to miejsce. Czasy się zmieniają, sytuacja się zmienia i musimy na to reagować.

Pośród głosów – nazwijmy to – krzykaczy są też opinie rozsądnych mieszkańców, którzy mówią, że rzeczywiście czasem pojawia się smród, czasem trudno to wytrzymać…

Oczywiście, słyszymy głosy, że czasem coś czuć, zwłaszcza przy wyższych temperaturach. W odpowiedzi na te głosy mieszkańców zrobiliśmy naprawdę dużo. Zmodernizowaliśmy system wentylacyjny, przebudowaliśmy biofiltr, zamontowaliśmy filtr węglowy. To są elementy, które kosztowały nas prawie 3 miliony złotych. I nie mówię, że to koniec, bo będziemy się starali znajdować nowe rozwiązania, żeby to oddziaływanie zamykać w jak najmniejszej skali. Ludzie zwrócili na to uwagę, co zresztą zmobilizowało mnie do reagowania na ten społeczny głos.

Ile zainwestowaliście już, żeby złagodzić uboczne, negatywne skutki działalności? Przypomnijmy – to nie jest tak, że pięć lat temu postawił Pan tutaj zakład i zaczęło się, jak mówią niektórzy, piekło dla mieszkańców…

Ten zakład nie istnieje od wczoraj. Myślę, że wiele spraw zostało trochę wyolbrzymionych. Obrazy, które zostały nam przedstawione, są w nieco zbyt soczystych kolorach, a przecież na co dzień tak nie jest. Trzy lata temu debatowaliśmy z mieszkańcami nad budową biogazowni. Narracja była wtedy zupełnie inna – mieszkańcy twierdzili, że z roku na rok jest lepiej. Kiedy zakład pracował, zwłaszcza podczas sterylizacji, wprowadzaliśmy zmiany. My się wciąż uczymy, poznajemy te systemy. Branża jest na tyle zamknięta i wąska, że ciężko jest przyjść z gotowym rozwiązaniem i stwierdzić, że zadziała. Tu nie ma gotowych schematów. Wszystkie rozwiązania technologiczne, które stosujemy, wypracowujemy sami – z ludźmi z branży, naukowcami. Jeszcze wiele przed nami, ale chciałbym, by społeczność dała nam szansę dokończyć te inwestycje dla wspólnego dobra.

Po co w ogóle Zbiornica? Jedno to oczywiście biznes. Ale działalność zakładu ma też, a może przede wszystkim, szersze znaczenie…

Każdy z nas chodzi do sklepu i nikt by się nie utrzymał bez wyżywienia. Tam, gdzie powstaje żywność, tam są też odpady. Nieważne, czy to gospodarstwa rolne, czy zakłady przetwórcze – odpady powstają wszędzie. Nie da się wyeliminować takiego podmiotu jak nasz. Dbamy o stronę sanitarną społeczeństwa w szerszym zakresie niż tylko nasi sąsiedzi, bo obsługujemy dziś trzy województwa. To ogromna skala. Takich zakładów nie ma wiele i dlatego ten rynek nie jest łatwy.

Czyli likwidacja zwierząt padłych wskutek ptasiej grypy czy ASF to również wy, tak? Co by było, gdyby was zabrakło?

Jesteśmy elementem niezbędnym w tego typu sytuacjach. Pod nadzorem inspekcji weterynaryjnej decyduje się, gdzie trafiają dane odpady, z naciskiem na to, by były przetwarzane jak najbliżej miejsca powstania. Chodzi o to, by tych chorób nie roznosić, dlatego wykorzystuje się lokalne moce przerobowe. Bez takich zakładów mamy problem. Pozostają grzebowiska. Trudno sobie wyobrazić, żeby zakopywanie tego typu odpadów w ziemi skutecznie chroniło nas przed wirusem. Z jednej strony mamy aspekt sanitarny, z drugiej gospodarczy, czyli miejsca pracy, z których część jest u pracodawców pośrednich.

Ile osób dziś zatrudniacie? Ile osób pośrednio żyje ze Zbiornicy?

Dziś zatrudniamy bezpośrednio 150 osób, ale pośrednio nasz zakład utrzymuje co najmniej 500 osób. To potężna liczba. Zwłaszcza przy epizodach ASF zapotrzebowanie drastycznie rośnie. Zatrudniamy wtedy okresowo dodatkowe 300 osób.

Włączacie się w życie społeczne regionu?

Tak. Wspieramy szkoły i naszą społeczność, współpracujemy m.in. z gminnym ośrodkiem kultury przy wydarzeniach. Angażujemy się bardzo często – staramy się na miarę możliwości dbać o dobrosąsiedzkie relacje.

W ostatnich miesiącach działo się dużo, bardzo dużo… Przyjęty niedawno plan ogólny praktycznie zamyka drogę do jakiejkolwiek modernizację zakładu. Co to oznacza dla Zbiornicy? Dla Pana osobiście?

Plan ogólny to jednak silny znak, ponieważ blokuje możliwości modernizacji i dalszych działań. Mimo wszystko jestem optymistą i wierzę, że uda nam się przełamać opór społeczny i samorządu. Przegłosowano to, ponieważ poddano się emocjom. Nie miałem nawet czasu, by przedrzeć się przez to z danymi, informacjami, z naszą argumentacją, i przez dezinformację radni podjęli takie, a nie inne decyzje. Liczę, że w nadchodzących miesiącach podejmą inne.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję bardzo.

Od redakcji

W tej sprawie nie ma prostych odpowiedzi. Mieszkańcy mają prawo do czystego powietrza i ich skargi nie są wymysłem. Ale prawdą jest też, że bez zakładów takich jak Zbiornica nie działa system, który chroni hodowle przed ASF i ptasią grypą, a rolnik nie ma gdzie legalnie oddać padłego zwierzęcia. Państwo od lat nie potrafi uchwalić ustawy odorowej, która dałaby obu stronom miarę zamiast emocji. Dopóki jej nie ma, takie spory będą rozstrzygane nie w laboratorium, tylko na sesjach rad gmin. My tej sprawy nie zostawiamy i oddamy głos także mieszkańcom oraz radnym, jeśli zechcą rozmawiać pod nazwiskiem.

Podziel się w mediach społecznościowych

Czytaj również: